Referendalny pech

Numer 1203 - 28.08.2015Publicystyka

Platforma Obywatelska nie ma szczęścia do wielu rzeczy, ale chyba najdłużej ów brak towarzyszy jej w kwestii referendów.
Historia jej zmagań z demokracją bezpośrednią zaczęła się już jesienią 2004 r., kiedy politycy tej partii rozpoczęli zbieranie podpisów pod obywatelskim wnioskiem o referendum w sprawie zmian ustroju politycznego III RP. Platforma deklarowała, że chciałaby, aby Polacy zdecydowali, czy chcą likwidacji Senatu, zniesienia immunitetu parlamentarnego, zmniejszenia liczby posłów do 230 oraz wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych do Sejmu. „Jeśli ten sejm stchórzy przed zorganizowaniem referendum w tej sprawie, to jedną z decyzji w pierwszych dniach nowego sejmu będzie ponowienie tej sprawy” – zapewniał Donald Tusk, gdy jego koledzy wnosili do gmachu parlamentu kolejne kartony z podpisami. Nic takiego oczywiście się nie stało. Po latach Andrzej Olechowski przyznał, że PO wcale nie planowała doprowadzenia do głosowania w tych sprawach, chciała natomiast sprawdzić możliwość mobilizacji swoich wyborców. Jak mówił na antenie TVN 24, chodziło o to, by działacze „się nie kisili w domach, tylko wyszli na miasto i coś robili”.
Mielenie na ekranie
Pechowo dla partyjnej góry, część osób, których wysiłek wówczas wykorzystano, nie chciała swojej roli zakończyć na jednorazowych manewrach i na serio oczekiwała realizacji przedstawionych postulatów. Zamiast tego wiosną 2010 r. doczekali się filmu Tomasza Sekielskiego (wówczas dziennikarza TVN) pod tytułem „Władcy marionetek”. Choć Sekielski próbował w nim uderzać – zgodnie z zasadą, by kontrować niewygodny dla rządu przekaz krytyką opozycji – we wszystkie partie, to jednak jeden segment poświęcony PO okazał się najbardziej brzemienny w skutki. Informacja o zmieleniu podpisów, zestawiona z obrazami niszczenia setek tysięcy kartek i nonszalanckimi wypowiedziami polityków, spowodowała rozłożony w czasie bunt wyborców, którego najgłośniejszym akordem był wyborczy wynik Pawła Kukiza. Kukiz wejście w politykę rozpoczął przecież od stworzenia w 2013 r. inicjatywy Zmieleni.pl, domagającej się przeprowadzenia referendum w sprawie jednomandatowych okręgów wyborczych.
Gra z Kukizem
Tymczasem Polaków zajęły kolejne sprawy, które w odczuciu milionów ludzi powinny stać się tematami referendów, lecz parlamentarzyści rządzącej koalicji postanowili – zdając sobie sprawę z możliwości przegranej – nie dopuścić do ich przeprowadzenia. Do zmielonych z 2004 r. dołączyli przeciwnicy podwyższenia wieku emerytalnego (1,4 mln podpisów), prywatyzacji Lasów Państwowych (2,6 mln podpisów) czy wysłania 6-latków do szkół (milion podpisów). Platforma nie zabiegała w żaden sposób o przejęcie poparcia tych grup społecznych, dobrowolnie niejako oddając je opozycji skupionej w PiS-ie (w wypadku wieku emerytalnego – również SLD, co zemściło się, kiedy szefowie OPZZ-etu poparli przed wyborami prezydenckimi Andrzeja Dudę). Inaczej sprawy miały się w wypadku JOW-ów.
Kiedy Paweł Kukiz znalazł się na fali wznoszącej, rządzący uznali, że ponownie mogą ugrać coś na swoich starych postulatach, ostatecznie „zawsze byli przecież zwolennikami JOW-ów”. Jeszcze przed pierwszą turą pojawiły się ciepłe wypowiedzi i gesty ze strony salonu, a Kukiz miał być uosobieniem uzasadnionego racjonalnego buntu, który jednak, w drugiej turze, po pokazaniu PO żółtej kartki, karnie zagłosuje już na Bronisława Komorowskiego. Jak wiemy, zwolennicy wokalisty nie chcieli zagrać napisanej dla nich roli i w większości (nie miażdżącej jednak, pamiętajmy) opowiedzieli się za zmianą w Pałacu Prezydenckim.
W pułapce
W tym samym momencie referendum stało się wyłącznie problemem. Z jednej strony prowokowało bowiem pytania o pozostałe kwestie, o które duża grupa obywateli życzyła sobie być zapytana, a z drugiej samo w sobie jedynie obciążało PO i prezydenta – chociażby fatalnym sformułowaniem pytań. Gdy Andrzej Duda ogłosił, że planuje spotkanie z przedstawicielami pozostałych inicjatyw referendalnych, było jasne, że znajdzie sposób na zadanie nowych pytań, stawiając PO w sytuacji bez dobrego wyjścia. Mając do wyboru wzmocnienie wątpliwego frekwencyjnie referendum poprzednika bądź rozpisanie nowego w dniu wyborów, wybrał rozwiązanie lepsze zarówno dla zainteresowanych, jak dla swojego środowiska politycznego. Jeśli zdominowany przez PO Senat zgodzi się na to głosowanie, kampania wyborcza toczyć się będzie wokół tematów referendum, a więc według narracji dogodnej dla PiS u



zawartość zablokowana

Autor: Krzysztof Karnkowski


Pozostało 50% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się