Czekać, obserwować, działać

numer 1618 - 09.01.2017Publicystyka

Z nowym rokiem – nowym krokiem. To stare polskie powiedzenie odnosi się także do polityki zagranicznej. A w niej w tym roku „będzie się działo”. Wydarzenie goni wydarzenie. Już w styczniu mamy dwa wielce istotne. Oby Polska zaznaczyła swoje wyraźne piętno na polityce międzynarodowej tuż przed setną rocznicą odzyskania Niepodległości.

Najpierw, 17 stycznia, odbędą się w Strasburgu wybory przewodniczącego Parlamentu Europejskiego oraz wiceprzewodniczących tego jednego z dwóch największych parlamentów świata (tylko Ogólnochińskie Zgromadzenie Przedstawicieli Ludowych jest liczniejsze, bo ma ok. 3 tys. posłów). Nie chcę przeceniać roli europarlamentu w polityce międzynarodowej, zwłaszcza światowej, jest jednak faktem, że po wejściu w życie traktatu lizbońskiego w grudniu 2009 r. (jakkolwiek by go oceniać – ja jestem krytyczny) znaczenie PE wyraźnie wzrosło: żadna unijna regulacja nie wejdzie od tamtego czasu w życie bez „OK” ze strony tegoż ciała. To swoisty paradoks, bo przecież w odróżnieniu od parlamentów narodowych Parlament Europejski nie ma inicjatywy ustawodawczej!

Zerwany pakt chadecja–lewica

Wybory w Strasburgu mają jednak znaczenie tym razem daleko wybiegające poza europarlamentarną polityczną układankę. Po pierwsze dlatego, że nastąpiło zerwanie tzw. wielkiej koalicji chadeków (Europejska Partia Ludowa) z socjalistami. Trwała ona „od zawsze”, z krótką przerwą na lata 1999–2004, gdy miało miejsce czasowe polityczne małżeństwo EPL z liberałami (ALDE). Tym razem lewica nie dotrzymała jednak umowy i nie oddała – po pięciu latach swojej „kierowniczej roli” – szefostwa PE, co przewidywało porozumienie z chadecją z 2014 r., i zgłosiła konkurencyjnego wobec EPP (EPL) kandydata na przewodniczącego PE. Po drugie – i to jest ważniejsze – tym razem wybór szefa europarlamentu bezpośrednio może zaważyć na późniejszym o parę miesięcy wyborze przewodniczącego Rady Europejskiej.

Słowem: eurodeputowani mogą 17 stycznia zdecydować nie tylko o tym, kto będzie szefem PE, ale też kto... nie będzie kierował Radą! Zdecydować mogą o tym niepisane, ale obowiązujące od lat polityczne parytety wewnątrz Unii Europejskiej. Utarło się bowiem od 2012 r., że na trzy główne stanowiska w UE: przewodniczącego Komisji Europejskiej, szefa Parlamentu Europejskiego i ‒ to najnowszy wynalazek, zasługa właśnie traktatu lizbońskiego – przewodniczącego Rady Europejskiej, dwa przypadają tzw. chrześcijańskiej demokracji (EPL), a jedno – socjalistom. Stąd w latach 2012–2014 niemiecki socjaldemokrata Martin Schulz dzierżył europarlamentarne stery, a Komisją i Radą kierowali przedstawiciele chadeków, byli premierzy Portugalii i Belgii: José Manuel Durão Barroso i Herman van Rompuy. W okresie 2014–2017 częściowo zmieniły się nazwiska, ale parytety nadal obowiązywały: pozostał Schulz i zasada „2 do 1”, a Europejską Partię Ludową reprezentowali nowi szefowie: KE – Jean-Claude Juncker i RE – Donald Tusk. W kontekście strasburskiego głosowania 17 stycznia widać wyraźnie, że zwycięstwo kandydata socjalistów może uratować głowę Tuska, a paradoksalnie – wiktoria jego europartyjnego towarzysza może tegoż Tuska zgilotynować (politycznie oczywiście).

Kto na szefa Parlamentu Europejskiego?

Na funkcję przewodniczącego europarlamentu zgłoszono aż czworo Włochów (sic!) i dwoje Belgów (Flamandów). Realne szanse spośród „czwórki z Italii” ma dwóch: chadek Antonio Tajani i socjalista Gianni Pitella. Pierwszy z nich to obecny pierwszy wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego, a niegdyś dwukrotny włoski komisarz w Komisji Europejskiej, a nawet jej wiceprzewodniczący (za kadencji Barroso) i w przeszłości bliski współpracownik Silvio Berlusconiego. Drugi to obecny (od lipca 2014 r.) szef grupy Postępowych Socjalistów i Demokratów w PE Gianni Pitella. Poza nimi symbolicznie startują inni Włosi: eurosceptyk z Ruchu Pięciu Gwiazd komika Bepe Grillo – Piernicola Pedicini oraz Eleonora Forenza z frakcji „komunistów i nordyckiej lewicy”. Obok nich w szranki stają Belgowie z Flandrii: były premier tego kraju Guy Verhofstadt oraz Helga Stevens. Pierwszy jest szefem frakcji „liberałów i demokratów” (ALDE), znanym zresztą ze skrajnie antypolskich wypowiedzi, druga reprezentuje moją macierzystą grupę Europejskich Konserwatystów i Reformatorów. Jest też znanym mentorem środowiska ludzi sprawnych inaczej (sama jest głuchoniema).

Poza wyborami na przewodniczącego europarlamentu odbędą się, prawdopodobnie tego samego dnia (tak było dotąd, ale dotychczas elekcja szefa PE była niekonfrontacyjna i zajmowała bardzo mało czasu), wybory na wiceprzewodniczącego tej struktury. Nominacje najpierw Prawa i Sprawiedliwości, a następnie całej frakcji EKR (po zwycięskich prawyborach z brytyjską konserwatystką) uzyskał ponownie niżej podpisany. Będę miał, z tego co widzę, niesłychanie mocną konkurencję.

17 stycznia lub ewentualnie dzień później będą miały miejsce w Strasburgu również wybory na kwestorów (powiedzmy: skarbników) PE. Kandydatem PiS-u oraz EKR-u będzie ponownie profesor prawa międzynarodowego, były wiceminister (sekretarz stanu) spraw zagranicznych w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, obecny przewodniczący Kolegium Kwestorów – Karol Karski. Jest zatem więcej niż prawdopodobne, że co najmniej jeden Polak znajdzie się w prezydium Parlamentu Europejskiego (inne ugrupowania z Polski nie wystawiają, z różnych powodów, swoich kandydatów).

Styczniowa inauguracja Trumpa

Taki będzie początek drugiej połowy stycznia w Europie. Jednak już po trzech dniach na drugiej półkuli odbędzie się wydarzenie nie mniej brzemienne w skutki: inauguracja prezydentury 45. głowy państwa w dziejach Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Nowymi lokatorami Białego Domu zostaną prezydent Donald John Trump i wiceprezydent Mike Richard Pence. Doprawdy, pierwszy miesiąc jest mocnym wejściem w 2017 r., będący szczególnym okresem w światowej polityce.

Jaka będzie pierwsza po ośmiu latach republikańska prezydentura w USA? Anglosaska zasada wait and see (w rosyjskim tłumaczeniu: pożiwiom – uwidim) każe poczekać i poobserwować. Przestrzegam przed dwiema skrajnościami w prognozowaniu tego, co stanie się za wielką wodą. Pierwsza, rodem z „Gazety Wyborczej”, to widzenie prezydenta jako „Wuja Samo Zło”, z definicji polityka prorosyjskiego i przyjaciela Putina. Druga, której ulega wielu prawicowych polityków i publicystów, jest swoistą reakcją na chamskie ataki na Trumpa, jako żywo przypominające „przemysł pogardy” wobec Lecha i Jarosława Kaczyńskich oraz PiS-u. To uznanie, że Trump na 100 proc. będzie wyrazicielem polskich interesów, skoro to nasi rodacy w praktyce przesądzili o zwycięskim dla niego wyniku wyborów w „swing states”, czyli stanach „wędrujących” od Demokratów do Republikanów, od wyborów do wyborów. Zostawmy oba stereotypy. Trump nie chciał wyrzucić rosyjskich dyplomatów – fakt. Ale nie on tę decyzję podejmował, łatwo mu zatem odciąć się od niej. Ponadto musiał odrzucić tezę obozu Clintonów, że to Rosja „załatwiła” zwycięstwo kandydata Republikanów. Dodajmy, że Trump będzie musiał liczyć się ze zdaniem Kongresu USA, który w sprawach polityki zagranicznej zajmuje w Stanach pozycję całkowicie autonomiczną wobec władz wykonawczych, co diametralnie różni go od parlamentów narodowych w Europie. A Kongres, zdominowany przez Republikanów, często w lekkiej opozycji do Trumpa, z liderami marzącymi o Białym Domu w przyszłości (jak Paul Davis Ryan – lider republikańskiej większości w Izbie Reprezentantów), będzie z całą pewnością korygował potencjalne prorosyjskie gesty Trumpa. Bardziej gesty zresztą, jak się wydaje, niż działania.

Bez radykalnego zwrotu

w polityce USA

Dodajmy do tego kluczową rolę Pentagonu – każdy amerykański prezydent musi liczyć się z jego opinią



zawartość zablokowana

Autor: Ryszard Czarnecki


Pozostało 50% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się