fot. Zbyszek Kaczmarek/Gazeta Polska

KOD kontra KOD. Historia samozaorania

numer 1619 - 10.01.2017Publicystyka

Kijowski, Petru, Schetyna – trzej muszkieterowie „demokracji” – okazali się zwykłymi ciurami obozowymi.

Niektórzy wierzyli, że na dobre i na złe stoją z obnażonymi szpadami w pierwszym szeregu wiadomego komitetu. Ale ciury, jak to ciury, lepiej się czują przy kuchni w taborach.

W młodzieżowo-internetowym slangu funkcjonuje określenie „samozaoranie”, oznaczające efektywne i efektowne formy różnorakiego blamażu i spektakularnej, na własne życzenie doznanej klęski. Niewykluczone, że samozaoranie tzw. Komitetu Obrony Demokracji będzie nie tylko jednym z częściej wspominanych wydarzeń w ramach podsumowań 2017 r. Więcej nawet – są duże szanse, że przejdzie do annałów politycznego marketingu jako przykład wizerunkowej klęski, u której podstaw legły wszystkie uwarunkowania „platformy wysadzonych z siodła”, którą w znacznej mierze jest KOD.

W szatach panny „S”

KOD od swoich początków – co wiele mówiło także o jego pokoleniowej tożsamości – wybrał narrację i dekoracje pasujące do epoki pierwszej Solidarności. Odkurzone oporniki, semantyka i stylistyka wypowiedzi nie tylko KOD-owskich liderów i liderek, lecz także zwolenników tego ruchu wskazywały na to, że wszystkim im się marzy wzniosła rewolucja w duchu solidarnościowej opozycji z czasów Polski Ludowej. Po jednej stronie „PiS-okomuna”, po drugiej oni, we własnych oczach podobni sentymentalnej pannie „S”. Szybko to zaczęło zgrzytać, pierwsze awantury wewnątrz KOD-u zaczęły się bardzo szybko, toczono je w znacznej mierze na portalach społecznościowych, na oczach publiki.

Wielu potencjalnych sympatyków tego ruchu już wówczas, na samym początku (sic!) sygnalizowało, że odczuwa lekkie zniesmaczenie i zdezorientowanie sporami toczonymi w obrębie KOD-owskich frakcji, czy wręcz sekt. Jednak poczucie zagrożenia to potężny czynnik psychospołeczny: nawet jeśli bardziej wtajemniczeni zdawali sobie sprawę, że KOD to w gruncie rzeczy jeden wielki galimatias organizacyjny, to strach przed kompletną polityczną klęską wymuszał współdziałanie, przynajmniej na ulicach, przynajmniej w formie głośnych protestów, których potrzebowały zaprzyjaźnione z opozycją media. W gruncie rzeczy tak się to kręciło: wielu zwykłych KOD-owców, którzy z różnych przyczyn wychodzili w 2016 r. na protesty, było statystami używanymi na potrzeby kliki producentów tego spektaklu. 

Karnawału nie będzie

Gdy wybuchła „afera Kijowskiego”, gdy Ryszard Petru w szampańskim nastroju przegrał politycznie rok 2017 „na Maderze”, gdy się okazało, że Grzegorz Schetyna duchem może jest i w Polsce, ale ciałem przebywa na alpejskich stokach, opozycja okazała nie tylko swoją śmieszność. Wielu ludzi naprawdę poczuło się „zrobionych w konia”. Bo jak to tak? Jeszcze kilka dni wcześniej opozycja histeryzowała, że w Polsce nastało już państwo policyjne, że opozycja niemal fizycznie jest zagrożona i siłami policji wykluczona z uczestnictwa w życiu publicznym. A nieco później jakie urocze zdjęcia i błogie informacje: Ryszard Petru spokojnie wyjechał z kraju w celach rekreacyjnych, Grzegorz Schetyna z nartami pod pachą bez przeszkód wyjechał i wrócił do Polski (w gorącym okresie policyjnego terroru, przypomnijmy). A Mateusz Kijowski, nieledwie człowiek opozycyjnego podziemia, któremu na chleb podobno dawała rodzina, zupełnie mimowolnie przypomniał publice o swojej „przedsiębiorczej żyłce”.

Tak, to wszystko to był show



zawartość zablokowana

Autor: Krzysztof Wołodźko


Pozostało 51% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się