Gen hucpy i autodestrukcji

numer 1620 - 11.01.2017Publicystyka

Grzegorz „Zniszczę Cię” Schetyna włączył chyba tryb autodestrukcji. Kolejne wolty lidera Platformy, który wczoraj po raz kolejny nie zdecydował się zasiąść do negocjacji w sprawie rozwiązania „kryzysu sejmowego”, pokazują, że z dawnego rozgrywającego największej partii opozycyjnej pozostał jedynie cień lidera. Podąża za nim w kompromitującym stylu Ryszard Petru.

Przeanalizowałem aktywność dwóch największych partii opozycyjnych –  Platformy i Nowoczesnej. W ciągu ostatniego kwartału obie nie zrobiły praktycznie nic poza rozpalaniem sporu politycznego. Gdy spojrzymy np. na deklarację programową Nowoczesnej, widzimy, że są to postulaty z epoki późnego Janusza Palikota, narzędzia nieskuteczne. Obie partie wydają się w zasadzie niczym nie różnić. Nawet poziom nijakości jest podobny.

Ale na nijakości się nie kończy. Rozpoczynający się rok to seria kompromitacji w wykonaniu „totalnej opozycji”. Całej, bo jeśli liczyć ją jako Nowoczesną, Platformę Obywatelską, ale i KOD, to każdy z liderów postanowił noworocznie strzelić sobie w stopę z haubicy. Petru – przedkładając towarzyski wyjazd do Portugalii nad „rotacyjny protest”, Kijowski – pokazując swoje oblicze już nie jako „fajnopolaka”, ale drobnego kombinatora. Wreszcie Grzegorz Schetyna, który z demiurga zmienił się w politycznego samotnika, szachowanego przez młodych wilczków z własnej partii.

Każdy z nich tłumaczy się w pokrętny sposób, nazywając swoje występy „niezręcznościami”. Tylko o ile niezręcznością możemy nazwać zaśpiewanie „100 lat” na urodzinach stulatka, to podobne zachowania w obliczu rzekomego kryzysu państwa już niezręcznościami nie są. Schetyna (!) i Petru okazali się mało wytrawnymi graczami. Co do Kijowskiego, cóż – tu mamy do czynienia z pewną formacją intelektualną, w której swobodne rozporządzanie nie swoimi pieniędzmi jest „mało zręczne”. Zresztą sam lider KOD-u przyznaje, że w końcu „mógłby zrobić to na słupa”: „Uznałem, że to będzie uczciwsza droga niż kombinowanie na lewo, szukanie lewych pieniędzy czy podstawianie słupów”. Cóż, pozostaje się cieszyć, że jak u Barei – „szczerość w ich klubie to norma”.

Marsz, marsz, Kijowski

Stawianie na „czarnego konia z kucykiem”, jakim miał rzekomo okazać się Kijowski, od samego początku było niezrozumiałe dla postronnych obserwatorów. Przypominało sytuację, w której jeden z właścicieli polskich klubów sportowych postanowił zainwestować majątek w kilkunastu piłkarzy z podrzędnych brazylijskich klubów i zawojować nimi polską ligę, przeświadczony, że efekt rzekomej świeżości i egzotyki wystarczy. Skończyło się kompromitacją – kopacze okazali się leniwi, roszczeniowi i pozbawieni umiejętności. I tak jest w tym przypadku.

Nie pomogły nawet zaklęcia. Z najbardziej kuriozalnym: „Marsz, marsz Kijowski” – taka parafraza polskiego hymnu ukazała się na okładce „Gazety Wyborczej”. Bo to „lud z Czerskiej” wymyślił, by dodawać do swojego periodyku deklaracje akcesu do KOD-u. Nie udało się. Mateusz Kijowski od początku był groteskowy i w tragifarsie kończy. Teraz widzimy, jak z cienia, niczym w kinie noir, wyłania się ostatni sprawiedliwy – Władysław Frasyniuk. Słychać westchnienia wyczekujących celebrytów, tylko czekać, aż na okładkach tygodników zobaczymy hasło „Władek, musisz”.

Jednak „Władek” ma – niestety dla jego zwolenników, z oszalałymi na jego punkcie dziennikarkami TVN24 na czele – duże szanse na powtórzenie „sukcesu” Ryszarda Petru. Dopóki jego aktywność sprowadza się do tego, że ktoś w zaprzyjaźnionym studiu telewizyjnym podstawia mu mikrofon, by (używając jego retoryki) dyżurnie napluł na PiS, jest OK



zawartość zablokowana

Autor: Wojciech Mucha


Pozostało 51% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się