Powrót Matuzalema a sprawa polska

numer 1621 - 12.01.2017Publicystyka

„Henryku Kissingerze, jakże za tobą tęsknię” – śpiewała legendarna brytyjska grupa komików Monty Pythona w piosence zamieszczonej na płycie wydanej na przełomie lat 70. i 80. Monty Python świętował tamtą szyderczą piosenką koniec kariery Kissingera. Jak bardzo się mylili...

Sekretarz stanu Henry Kissinger odszedł z Białego Domu na początku 1977 r. wraz z porażką prezydenta Geralda Forda. Republikanina zastąpił demokrata Jimmy Carter, którego ekipa i idealistyczna koncepcja polityki praw człowieka była, przynajmniej w teorii, totalnym zaprzeczeniem idei i stylu Kissingera.

Minęło prawie pół wieku. Grupy Monty Python dawno już nie ma. Henry Kissinger ma 93 lata, i znowu, tak jak w 1969 r., został doradcą prezydenta. Wtedy był doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego u prezydenta Nixona, teraz będzie doradcą prezydenta Trumpa ds. międzynarodowych. To jeden z najbardziej spektakularnych politycznych powrotów w dziejach.

Lubił swój wizerunek

Członkowie grupy Monty Pythona mieli raczej antywojenne, pacyfistyczne poglądy, Kissinger kojarzył się im z pomysłem rozszerzenia wojny wietnamskiej na Kambodżę, wsparciem USA dla krwawych proamerykańskich, prawicowych i antysowieckich puczów w Chile i Argentynie, wsparciem dla reżimów w Turcji czy Indonezji, podejrzaną rolą podczas wojny izraelsko-arabskiej w 1973 r. itd.

Z perespektywy czasu wydaje się, że Kissinger nieco na wyrost był oskarżany o wszystko, co najgorsze na świecie, o wojny, zbrodnie i krwawe zamachy stanu. Wszak każdemu prezydentowi, doradcy bezpieczeństwa USA można właściwie zarzucić to samo. Dlaczego? USA mają tyle interesów i takie wpływy, że z powodu ich działania czy zaniechania wynika wiele ważnych wydarzeń, także tych krwawych. Inna sprawa, że sam Kissinger wręcz z pietyzmem dbał o swój wizerunek makiawelicznej szarej eminencji amerykańskiej polityki zagranicznej. Po prostu lubił jego demoniczny charakter.

Ale gdy się bliżej przyjrzeć jego aktywności, dorobkowi, wypowiedziom, artykułom i książkom, wcale nigdy nie był i nie jest takim „jastrzębiem”, za jakiego uważa go zwłaszcza lewica na całym świecie. Kissinger przy całym swoim cynizmie na pokaz zawsze podkreśał, że wierzy w dyplomację. Uważa wręcz, że dyplomacja może zbawić świat. Jak otwarcie pisze w swoim opus magnum „Dyplomacja”, za najdoskonalszy system międzynarodowy uważa ten zbudowany na kongresie wiedeńskim. Za swoich idoli uważa jego twórców – austriackiego kanclerza Klemensa Metternicha i ministra spraw zagranicznych Francji Talleyranda. Podobno Napoleon Bonaparte nazwał tego drugiego „gównem w jedwabnej pończosze”. Z tym że Bonaparte (obecny w naszym hymnie) to dla Kissingera żaden autorytet, to niebezpieczny burzyciel ładu.

Ład i równowagę sił wprowadzał natomiast system wiedeński, nad którym czuwało Święte Przymierze europejskich mocarstw, założone przez Rosję, Prusy i Austrię. Rzeczywiście, ten system przyniósł Europie najdłuższy okres pokoju i niesamowity postęp cywilizacyjny. Ale dla nas to epoka niewoli i prześladowań, tak jak dla wielu innych narodów. My za naszym wieszczem modliliśmy się o wojnę między mocarstwami i rozpad tego systemu. I w końcu do tego doszło. W książkach Kissingera I wojna światowa i rozpad sysemu wiedeńskiego są przedstawione jako największa katastrofa, która doprowadziła do wszystkich nieszczęść XX w. Tych nieszczęść, jako żydowski uciekinier z III Rzeszy, sam również doświadczył.

Co z tą Polską?

Kissinger w latach 70. stał za historycznym porozumieniem USA z komunistycznymi Chinami, które uważał za skłonne do budowania ładu, w przeciwieństwie do agresywnych Sowietów. Cenę za to Ameryka zapłaciła słoną – porażka w Wietnamie, cofnięcie uznania międzynarodowego sojusznikowi, czyli Tajwanowi, zwycięstwo w Kambodży prochińskich zbrodniczych Czerwonych Khmerów. Ale Kissinger twierdzi, że było warto. Bo to pomogło w dłuższej perspektywie pokonać ZSRS i zaprowadzić ład.

Dziś sytuacja jest odwrotna. Kissinger chwali Władimira Putina, którego zresztą dobrze zna. Mówi, że to, w przeciwieństwie do sowieckich komunistów z lat 60. i 70., pragmatyk, z którym można się dogadać i wprowadzać nowy ład. A prezydent Donald Trump wskazuje z kolei Chiny jako największe strategiczne i gospodarcze wyzwanie dla USA. Ostentacyjnie odbudowuje też bliskie relacje amerykańsko-tajwańskie.

Obserwując to wszystko, można się zastanawiać, czy Kissinger będzie doradzał prezydentowi Trumpowi dążenie do jakiegoś kongresu wiedeńskiego 2.0, nowego koncertu mocarstw, nowego porządku światowego, podziału stref wpływów? I jak na tym ewentualnie wyjdzie Polska?

Owszem, lektura książek i wypowiedzi Kissingera może niepokoić małe i średnie narody świata. Ale minister spraw zagranicznych RP Witold Waszczykowski po wczorajszym spotkaniu z Kissingerem i przyszłym doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego USA Michaelem Flynnem (obaj oskarżani o prorosyjskość) był zadowolony. Uspokajał, że nowa administracja USA będzie dbała o interesy bezpieczeństwa krajów Europy Środkowej. Trump trzyma zresztą i kij, i marchewkę. Przeciwwagą dla wspomnianych polityków w administracji Trumpa wydaje się bowiem gen. James „Wściekły Pies” Mattis. Obejmie on funkcję sekretarza obrony USA. – To postać najbardziej zbliżona do generała Pattona – powiedział o Mattisie Donald Trump. Ta nominacja wywołała nerwowe reakcje Kremla, bowiem gen. Mattis znany jest jako zdeklarowany krytyk polityki resetu. Jak pisał w serwisie Niezależna.pl Marek Nowicki: „Gen. Mattis wielokrotnie w swoich wypowiedziach podkreślał, że Rosję pomimo zakrojonej na szeroką skalę kampanii propagandowej i dezinformacyjnej cały czas należy traktować jako jedno z największych zagrożeń zarówno dla Stanów Zjednoczonych, jak i wielu najbliższych sojuszników USA w Europie”

Kissinger rozumie

Po ostatniej wizycie w USA minister Witold Waszczykowski stwierdził też, że Kissinger „świetnie rozumie problemy Europy”. To rzeczywiście warto podkreślić. Bo Kissinger jest w ogóle stosunkowo mało amerykański.

Jest wielkim fanem piłki nożnej, był też działaczem piłkarskim i promował futbol w USA. Nie podziela zamiłowania Amerykanów do swojej wersji futbolu. Nie podziela też amerykańskiego optymizmu, chęci uszczęśliwiania całego świata i żądzy zwyciężania w każdej sytuacji. Kissinger kiedyś pisał, że Amerykanie nie cierpią w sporcie remisów, natomiast w popularnych w Europie grach są one czymś naturalnym. Są nawet „zwycięskie remisy”. W dyplomacji i stosunkach międzynarodowych takie remisy są zaś najlepsze. Być może więc nowa administracja liczy po prostu na zwycięski remis z Rosją, Chinami i innymi geopolitycznymi rywalami USA.

Można być spokojnym, że w imię tego „zwycięskiego remisu” nie zostaną poświęcone Polska ani nawet kraje bałtyckie. Co innego Białoruś, Ukraina, Gruzja albo Syria. W odniesieniu do nich rzeczywiście może być rozmowa w kategoriach podziału wpływów. Myślę, że możemy się spodziewać nawet niekonwencjonalnych idei lub rozwiązań, takich jak na przykład podział Syrii. Wszystko to oczywiście przy założeniu, że Putin lub Chiny zechcą grać w dyplomatyczne gry wymyślone przez Kissingera. Bo szybko może się okazać, że wcale nie mają na to ochoty



zawartość zablokowana

Autor: Marcin Herman


Pozostało 51% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się