Osuszyć sądowe bagno

numer 1652 - 17.02.2017Publicystyka

Bagienny temat – tak określamy w „Codziennej” zagadnienie, które dotyczy sędziów i szeroko rozumianego wymiaru sprawiedliwości. Istotnie – nic nie oddaje tak dobrze charakteru działania tej gałęzi państwa, jak porównanie do bagna.

Bagna zwiodły wiele osób. Z pozoru nie wyglądają groźnie. Patrząc na nie, aż chce się po nich przejść. Zielone. Spokojne. Wystarczy jednak jeden nierozważny krok i po chwili jest już za późno. Z początku uważamy, że można się jeszcze uwolnić. Szamoczemy się więc. Z czasem nawet coraz silniej. Mimo to coraz bardziej się zapadamy – po pas, po szyję, bez pomocy nie mamy szans. Ta jednak nadzwyczaj często nie przychodzi. Któż by więc chciał się pakować w bagno?

Niemoralna propozycja

Podobnie jest z polskimi sądami. Przeważnie sprawiedliwości szukają w nich ci, którzy naiwnie wierzą w prawo i porządek. Wierzą, że mają rację oraz że prawdy i sprawiedliwości nie da się relatywizować. Że są one jedyne i obiektywne, a gdy są „po naszej stronie”, to nie można przegrać. Tak było w wypadku Józefa Wódki.

– Moje kłopoty rozpoczęły się, gdy pracodawca wysłał mnie na badania lekarskie – opowiada nam Wódka. Był grudzień 2000 r. Pan Józef od 17 lat pracował w firmie Mostostal Warszawa. Wtedy była to jedna z największych firm budowlanych. To ona m.in. budowała gmach Naczelnego Sądu Administracyjnego przy ul. Gabriela Boduena 3/5 w Warszawie. Pan Józef był robotnikiem pracującym w hałasie. Zachodziło duże prawdopodobieństwo, że doznał uszkodzenia słuchu, lekarze postanowili to zbadać. Pierwsze badanie wykazało, że pan Józef Wódka istotnie słuch ma uszkodzony. Utrata słuchu na poziomie 36 dB w uchu prawym i 46 dB w uchu lewym. To jednak nie wystarczyło, by dolegliwość ta została uznana za chorobę zawodową. Trzeba było, by potwierdził to inny lekarz, który wydałby orzeczenie o chorobie zawodowej.

Był początek XX w. Na warszawskich ulicach rządziła wówczas mafia z Pruszkowa. Za pieniądze można było załatwić wszystko. Bez pieniędzy zaś przeciwnie – można było zdziałać niewiele. Korupcja była wszędobylska, ale nie wszyscy chcieli dawać łapówki. Pan Józef dawać w łapę nie miał zamiaru. Poszedł więc do lekarza bez koperty. W rezultacie ten uznał, że słuch pacjenta jest w porządku. Na protesty pana Józefa i groźbę skargi lekarz jedynie się roześmiał i rzucił: – Możesz się pan odwoływać: przez okno i do Pana Boga.

Współczesny Józef K.

Pan Józef nie zwykł się bać. Za komuny był zaangażowany w Solidarność. Do dzisiaj pamięta swoje spotkania z Lechem Wałęsą. Teraz zresztą duch tego zaangażowania mu pozostał. Józefa Wódkę można było spotkać na protestach w obronie Zygmunta Miernika. Bywa również na miesięcznicach katastrofy smoleńskiej.

Po lekarskim orzeczeniu postanowił się nie poddawać, tylko postawić i walczyć o swoje. Odwołał się ze swoim schorzeniem do drugiej instancji Inspekcji Sanitarnej. Warto przy tym wspomnieć, że ówczesne przepisy utratę słuchu na poziomie 30 dB kwalifikowały jako chorobę zawodową.

Pan Józef walczy. Jego odwołanie realizują lekarze w Łodzi. Robią badania w styczniu 2001 r. Co ciekawe, nie ujawniają jednak ich wyników. Wystawiają jedynie opinię, że „choroby zawodowej nie można uznać”. Łódzki instytut zataja wyniki i zwyczajnie odmawia do nich dostępu. Pan Józef Wódka postanawia więc znów się odwołać i skarżyć „do każdego możliwego sądu w kraju”. Informuje wszelkie możliwe instytucje w Polsce: Rzecznika Praw Obywatelskich, prokuraturę, ministra sprawiedliwości, prokuratora generalnego i fundacje zajmujące się prawami człowieka. Jednym słowem – wszystkich. Pisze podanie za podaniem. Jak wylicza, w trakcie ostatnich 16 lat starć w sądach napisał ponad 5 tys. stron skarg i odwołań. Prawie wszystkie odręcznie. I praktycznie wszędzie spotyka się ze ścianą.

Prosta sprawa?

Na temat funkcjonowania sądów Józef Wódka może mówić godzinami. Przez lata pracy w „Gazecie Polskiej” przywykłem do sądowych absurdów, ale ta sprawa mimo wszystko mnie zaskoczyła. Jest zabawna i smutna jednocześnie. Jak wspomina pan Józef, na pierwszą sprawę w sądzie, który miał ustalić, czy nasz bohater jest głuchy, przyszedł sędzia... po operacji gardła. – To była jakaś komedia. Ja nie słyszałem, bo on cicho mówił



zawartość zablokowana

Autor: Jacek Liziniewicz


Pozostało 51% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się





CYBERBEZPIECZEŃSTWO