Wystraszyć Polki

numer 1675 - 16.03.2017Publicystyka



Chyba jeszcze nigdy obchody święta kobiet w Polsce nie były tak gruntownie zawłaszczone i zideologizowane przez jedną grupę. Dzień Kobiet, zamiast dyskusji o nietrafionych prezentach i mężczyznach biegających z kwiatami, został zdominowany przez manifestacje, happeningi, strajki. Wszystko pod szyldem obrony praw kobiet ciemiężonych przez nową władzę.

Już kilka dni przed marcowym świętem lewicowe media zrobiły wszystko, co tylko mogły, by manifestacjom kobiet nadać rangę wielkich wydarzeń. W zapowiedziach chodziło też o podkreślenie, że Polki występują przeciwko rządzącym, którzy je dyskryminują i łamią ich prawa. Tygodnik „Polityka” bardziej śmieszył i tumanił tytułami: „Bunt kobiet” czy „Kobiety przeciw Panom”, niż realnie opisywał skalę zjawiska.

Jak słusznie zauważyły przedstawicielki Ordo Iuris, postulaty feministek są obce większości kobiet w Polsce. W gruncie rzeczy nie reprezentują one ich poglądów. Wynika to z badań wykonanych na zlecenie instytutu, które wskazują na to, że przeszło 60 proc. kobiet opowiada się za pełną ochroną życia.

Szczytem perfidii było promowanie manifestacji z 8 marca wizerunkiem Anny Walentynowicz, która z wartościami propagowanymi przez środowiska feministyczne nie miała nic wspólnego. Przeciwnie – żywiła ogromny szacunek dla życia ludzkiego. Trudno się dziwić coraz większej bezczelności środowisk feministycznych, skoro bez żenady wykorzystały w czarnych protestach logo Solidarności, tak jakby ich poglądy odwoływały się do wartości solidarnościowych.

W obronie kobiet?

Zanim kobiety ruszyły na podbój polskich miast, wiadomo było, za czym i przeciwko czemu będą protestowały. Szkopuł w tym, że uzasadnienie tego zideologizowania święta wszystkich Polek polegało na zastraszeniu wykreowaną na własne potrzeby wizją rzeczywistości. Podobnie jak w wypadku manifestacji z końca poprzedniego roku, kiedy udało się wmówić Polkom, że PiS odbiera im prawa, chce zaostrzyć prawo aborcyjne, zamykać je w więzieniach itd. Spora część uwierzyła w niestworzone historie podsycane przez opozycję i zaprzyjaźnione media. Lewaccy propagandyści odtrąbili sukces akcji, dzięki którym PiS skapitulował i wycofał się z zaostrzenia prawa aborcyjnego, a przecież dziennikarze mainstreamu wiedzieli, że był to projekt obywatelski, a nie rządowy. Nie przeszkodziło to jednak w lansowaniu tezy o wielkim zwycięstwie środowisk feministycznych.

Mechanizm wykorzystany przy okazji Dnia Kobiet był podobny. Aby przekonać panie do protestu, szerzono narrację, że mamy w kraju władzę, która arogancko i arbitralnie przekreśla zdobyte przez nie prawa i wolności, w domyśle prawo do aborcji. Lewicowa prasa postanowiła skorzystać ze sprawdzonych metod straszenia i kreowania wroga. Wykorzystano więc propozycję zmian standardów opieki okołoporodowej do bicia na alarm, że kobiety nie będą mogły rodzić po ludzku, że stracą prawo do podmiotowego traktowania, nie będą mogły aktywnie rodzić itp.

Filozofia czarnych marszów

Czarne marsze, które odbyły się w październiku ubiegłego roku, były reakcją na projekty zwiększenia zakresu ochrony życia poczętego, niesłusznie nazywane zaostrzeniem prawa antyaborcyjnego. Feministki, i nie tylko, wyszły protestować przeciwko władzy, która ogranicza ich prawa. Tuż przed 8 marca środowiska feministyczne na gwałt szukały czegoś, co mogłoby być skutecznym impulsem zdolnym zmobilizować kobiety do buntu. Emocje udało się rozniecić newsem o wycofaniu z listy leków dostępnych bez recepty pigułki „dzień po”. Wrogiem Polek stał się minister zdrowia, który stwierdził, że jako lekarz nie przepisałby takiej tabletki pacjentce, nawet zgwałconej



zawartość zablokowana

Autor: Leszek Galarowicz


Pozostało 51% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się