Dźwięki bolesnej ciszy

numer 1677 - 18.03.2017Warto posłuchać

Codzienne zagonienie, notoryczny brak czasu na oderwanie od prozy życia, poszukiwanie refleksji i wejrzenie w głąb samych siebie – to wszystko w obliczu Wielkiego Postu nabiera innego wymiaru. Od lat zdumiewa mnie, że nawet muzyka w tych szczególnych chwilach zmienia tory, wychodząc z klasycznego profanum w rejony sacrum.

Muzyka oratoryjna czy pasyjna to szczególny nurt w całym dorobku sztuki. Ilekroć sięgam po album z frazami odwołującymi się do Męki Pańskiej, mam świadomość, że dotykam najbardziej wrażliwych strun muzycznej spuścizny wieków. Czy to Claudio Monteverdi, Jan Sebastian Bach, Jerzy Fryderyk Händel, Wolf­gang Amadeusz Mozart, podobnie jak nam współcześni Arvo Pärt czy nieoceniony Paweł Łukaszewski – oni wszyscy przez dotknięcie tej delikatnej materii, każdym dźwiękiem wchodzili na terytorium, które najprościej określamy słowem:

Credo

Mam setki płyt z muzyką oratoryjną, a nie znam ani jednej, która „prześliznęłaby się” po temacie, bo nad tajemnicą śmierci i zmartwychwstania nie da się przejść bez emocji i osobistego stosunku, emocjonalnego zaangażowania. Aż chce się zadać pytanie, czy ateista może skomponować muzyczną formę odwołującą się do którejkolwiek z Ewangelii. Jestem w pełni przekonany, że o ile warsztatowo taka ewentualność jest możliwa, o tyle nie jest możliwe osiągnięcie głębi, tego czegoś, co odróżnia muzyczną produkcję od kompozycji aspirującej do miana arcydzieła. W kontaktach z artystami rozmaitych dziedzin sztuki niejednokrotnie byłem świadkiem wypowiedzi jednoznacznie wskazujących na specjalne podejście do tematyki wielkopostnej czy pasyjnej. Ciężar śmierci opisany w dziele dla wielu był czymś, co sprawiało, że praca nad interpretacją, specyfiką materii utkanej ze słowa, muzyki czy jak w wypadku plastyków pociągnięć pędzla, wymagała czasu. A może dojrzałości?

– Kiedy staję za pulpitem, aby poprowadzić Mozartowskie „Requiem”, moja dusza się uspokaja, myśli przenoszą w inny wymiar, doznaję wielkiego wyciszenia – powiedział mi przed laty profesor Ryszard Zimak, wybitny chórmistrz. Inny dyrygent, Paweł Kos-Nowicki, zgłębiając od lat wszystko, co odnosi się zarówno do Mozartowskiego „Requiem”, jak i Händlowskiego „Mesjasza”, nie kryje, że właśnie styk sztuki i wiary jest tym, co najbardziej fascynujące.

Kiedy szukałem przed laty opracowań na temat Mozartowskiego „Requiem”, znalazłem twierdzenie, że frazy te są kolejnym dowodem na istnienie Boga, że każda nuta, takt, fraza o tym zaświadczają. Czymś, co równie wielce mnie zdumiewa, są liczne kompozycje z kręgów skandynawskich, tworzone teraz, często umykające naszej świadomości w zalewie rozmaitej muzycznej papki. Biorąc do ręki kolejne albumy audiofilskiej wytwórni 2L (pisałem o niej na łamach „Codziennej” przy okazji rozmaitych produkcji Mortena Lindberga), krążki odwołujące się do tematyki maryjnej (niezwykły album „Hymn to the Virgin”) czy nie mniej intrygujący „Magnificat” bądź „Fingergull”, budzi się we mnie szacunek do tego, że w bardzo zlaicyzowanym świecie politycznej poprawności, która eliminuje duchowość z pierwszych stron gazet, ewangeliczne prawdy mimo wszystko się przebijają.

Tajemnica Magdaleny

Aby do rąk melomana trafił wspaniały album, czasami trzeba czegoś więcej niż planowanie



zawartość zablokowana

Autor: Piotr Iwicki


Pozostało 50% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się