Brudna walka w białym sporcie

numer 1703 - 19.04.2017Sport

Pamiętacie, co się działo wokół PZPN-u jeszcze kilka lat temu? Podobne cuda w innych związkach sportowych dzieją się nadal. O tenisie od mówiło się, że to biały sport dla dżentelmenów. Jednak wystarczy spojrzeć na to, co dzieje się w Polskim Związku Tenisowym, żeby się przekonać, że ta dewiza jest już nieaktualna.

Złote czasy w PZT skończyły się już dawno. Teraz jest konflikt z Ministerstwem Sportu i bezpardonowa walka kandydatów z Centralnym Biurem Śledczym i prokuraturą w tle. Różnica pomiędzy PZPN-em a PZT jest taka, że w futbolu dość łatwo było odróżnić jasną i ciemną stronę mocy.

Kontrowersyjna spółka

W jakiej kondycji finansowej jest teraz PZT? – Jesteśmy biedni jak mysz kościelna – rozkłada ręce Maciej Stańczuk, członek zarządu i kandydat na prezesa. W połowie 2017 r. związkowa kasa świeci pustkami.

Stańczuk to stosunkowo nowa twarz w polskim tenisie. Nie jest związany ze środowiskiem tenisowym, wcześniej zajmował wysokie stanowiska w branży energetycznej i finansowej. Do zarządu PZT wszedł mniej więcej półtora roku temu razem z Mirosławem Skrzypczyńskim w wyborach uzupełniających. Teraz staną naprzeciw siebie w walce o władzę.

Kością niezgody stała się wzbudzająca gigantyczne kontrowersje spółka Tenis Polski powołana przez PZT, aby pomóc w pozyskiwaniu środków. Kilka tygodni temu Skrzypczyński na specjalnie zorganizowanej konferencji prasowej przedstawił cały plik dokumentów świadczących o wielkim wypływie gotówki z PZT. Jego zdaniem patologie sięgają 2015 r., kiedy powołano tajemniczą spółkę Tenis Polski sp. z o.o., kapitalne miejsce do wyprowadzania pieniędzy. Prezesem nowej spółki został pracownik tenisowej centrali Marcin Śmigielski. PZT na realizację celów nowego podmiotu przekazał według słów Skrzypczyńskiego 230 tys. zł. – Zrobił to wbrew prawu, bo nie została podjęta stosowna uchwała – uważał. Dla Śmigielskiego, który był już zatrudniony w PZT, nowa fucha okazała się prawdziwą żyłą złota. – W okresie luty–wrzesień wypłacono mu tytułem wynagrodzenia 194 928 zł oraz 132 648 zł prowizji – bulwersował się Skrzypczyński. A co z tego miał związek? Jeśli wierzyć Skrzypczyńskiemu, to tylko dodatkowe rachunki do zapłacenia. Tak było chociażby z organizacją meczu Polska–Tajwan. – Zapłacono spółce Tenis Polski 109 999 zł, ale wszystkie koszty i tak pokrywał związek. Wyglądało to tak, jakby PZT nie dość, że płacił Tenisowi Polskiemu, to jeszcze był jego podwykonawcą – wyliczał Skrzypczyński.

– Byłem zszokowany tym, co zrobił Skrzypczyński, upubliczniając raport komisji rewizyjnej. Wyglądało to tak, jakby w firmie zrobić audyt i zamiast przedstawić go zarządowi, pójść z nim do mediów. Działam w biznesie od lat i jeszcze z czymś takim się nie spotkałem – dziwi się Stańczuk.

Kiedy Skrzypczyński dowiedział się o nieprawidłowościach w Tenisie Polskim, zdecydowanie odciął się od władz PZT. Inną strategię przyjął Stańczuk. – Nie widziałem powodów, żeby odejść z PZT. Nie zgadzam się też z tym, co mówi Skrzypczyński. Nie podobają mi się donosy, które składał. Byłem nawet przesłuchiwany przez policję w związku z jednym z doniesień



zawartość zablokowana

Autor: Krzysztof Oliwa


Pozostało 50% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się





CYBERBEZPIECZEŃSTWO