fot. Tomasz Adamowicz / Gazeta Polska

PR i prokuratura

numer 1704 - 20.04.2017Publicystyka

Niestety, wielu wydawałoby się poważnych ludzi uległo wczoraj medialnej szajbie, która sprawiła, że otoczony przez ochroniarzy Tusk urządził z przejścia z dworca przed drzwi prokuratury polityczny happening.

Pamiętam, jak do miasta raz zjechał na dzień wielki cyrk

Po przedstawieniu byłaś zła,

bo chciałem w świat z cyrkiem iść

Budka Suflera

„Ratujmy, co się da”

Choć dyskusja o tym, czym był wjazd Donalda Tuska do Warszawy, zajmie całe lata niemającym nic innego do roboty komentatorom, to sprawa jest jednak dość prosta. Tusk zapragnął pokazać swoją siłę i jednocześnie przypomnieć o swoim istnieniu, gruntując swoją pozycję jako pozostający na wygnaniu, ale jednak lider opozycji. To, że zrobił to przy okazji wezwania do prokuratury w sprawie największej tragedii w powojennej historii Polski, zdaje się nie spędzać snu z oczu zarówno tym, którzy witali ekspremiera jak dobrego wujka z Ameryki, jak i komentatorom, którzy sprawę widzą jedynie przez pryzmat politycznego marketingu.

Powrót taty

Wczorajszy wjazd Tuska na peron Dworca Centralnego był dla osieroconych wraz z jego ucieczką do Brukseli niczym powiew młodości. Splotło się tu wiele mitów platformerskiej ośmiolatki, od osławionego pociągu Pendolino (który pomimo upływu lat wciąż nie ma tak podstawowych funkcji, jak internet bezprzewodowy, a z wielu, jak wspomniana wychylność wagonów, wcale nie korzysta), przez całodniową relację w mediach, aż do rzekomo triumfalnego pochodu przed drzwi prokuratury.

Trudno było postronnym obserwatorom powstrzymać parsknięcie śmiechem, gdy na widok pociągu z Tuskiem na pokładzie tłum na trzecim peronie Dworca Centralnego w Warszawie wpadł w ekstazę. Pal sześć, że szału dostali przedstawiciele partyjnej młodzieżówki. Takie jest ich nieszczęsne zadanie. Na Tuska czekał jednak komitet powitalny, w którym oprócz Grzegorza Schetyny brakowało chyba jedynie znanych z filmów Stanisława Barei karłów w strojach ludowych czy też zmęczonego grajka z trombitą z kultowej sceny w „Nie lubię poniedziałku” Tadeusza Chmielewskiego

Tuska witali przede wszystkim ci, którzy zawdzięczają mu najwięcej – politycy, którzy w czasie jego premierostwa albo osiągnęli sukces, albo zaistnieli na dobre w polityce. Tak jak Ewa Kopacz, Sławomir Nitras czy Rafał Trzaskowski. Pojawił się także Mateusz Kijowski, Stefan Niesiołowski i kilku innych tuzów polskiej polityki i poppolityki, jak podejrzany o handel kobietami lider KOD-kapeli Konrad M. czy znany prowokator z Krakowskiego Przedmieścia Andrzej Hadacz.

Luzak idzie do prokuratury

Gorzej, że histeria udzieliła się także dziennikarzom. I tak Renata Grochal, wyrzucona z „Gazety Wyborczej” dziennikarka „Newsweeka”, chyba całkiem na serio powiedziała: „Mamy skromnego Tuska, który przyjeżdża pociągiem, i ekipę rządzącą, która rozbija się limuzynami po całej Polsce”. No cóż, nie będziemy wyliczali lotów Tuska do Gdańska i innych wydatków w stylu cygar dostarczanych z Kuby na specjalne zamówienie. Nic to nie da. Nie jest bowiem tajemnicą, że jak Polska długa i szeroka pełno jest sierot po Tusku, które w jego szytych na miarę garniturach i rzekomym luzie widzą niedościgniony wzór polityki.

W pochodzie za Tuskiem szli wczoraj ci, dla których polska prezydencja w Unii Europejskiej była niczym złoty wiek



zawartość zablokowana

Autor: Wojciech Mucha


Pozostało 51% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się