fot. Czerniecki.net

Jezuicki raj Guarani

numer 1733 - 26.05.2017Podróże

Maleńkie miasteczko San Ignacio Miní powoli szykuje się do snu. Na opustoszałych uliczkach jest już prawie ciemno. Ponieważ nie ma tu zbyt wielu latarń, noc w tej argentyńskiej mieścinie wydaje się zapadać dramatycznie szybko.

Nie musimy też się obawiać jakichś miastowych hałasów. Imprez w San Ignacio Miní najprawdopodobniej nie uświadczymy. Chyba że zza zielonego płotu pobliskiego hosteliku. Choć dziś i tu głucha cisza. Jedyny hałas, który mógłby przeszkodzić w tej chwili tęskniącemu za snem mieszkańcowi, dochodzi obecnie z lasu. Ten bowiem dopiero się szykuje do swojego conocnego koncertu. Każdy, kto przynajmniej raz w życiu był w lesie deszczowym, wie, że właśnie w nocy jest tu najgłośniej.

W wypadku San Ignacio Miní las to jednak niejedyne źródło dźwięku wieczorową porą. Wystarczy wybrać się na wieczorny spacer po rozlokowanej na terenie miejscowości pojezuickiej misji Indian Guarani. To najlepiej zachowane ruiny słynnych misji północno-wschodniej prowincji Argentyny.

Grupka białych turystów jest już coraz bliżej ruin. W tej chwili nie prowadzi ich już żaden przewodnik. Towarzyszył im w salach muzealnych misji, gdzie mogli oglądać instrumenty, na których gry uczyli Indian jezuici. Gdzie mogli podziwiać makietę przedstawiającą ogrom XVIII-wiecznych misji. Gdzie zapoznawali się z niezwykłą historią nawrócenia „ludzi lasu”. Usłyszeli więc o dobrym Bogu i o prostych ludziach. O pokorze jezuitów wędrujących po dzikich ostępach lasu deszczowego. Wreszcie zaś o chciwości ludzi mających władzę. Tych, przez których niezwykłe dzieło ostatecznie musiało zostać zniszczone. Grzebiąc nie tylko tysiące ludzkich istnień, lecz także przepiękny ewangelizacyjny zapał kilku młodych zakonników. Tych zresztą również zabito. Nie chcieli bowiem zostawić wspólnot, które Bóg pozwolił im założyć. Tutaj, w pokrytym tajemniczymi lasami dorzeczu rzeki Parany.

Po niezbędnej dawce wiedzy grupka zwiedzających może teraz wyjść na zewnątrz zobaczyć ruiny misji. Większość z nich już tu dziś była. Za dnia. Teraz jednak wróciła raz jeszcze. Specjalnie. Chcą zobaczyć misję w jej naturalnym świetle. Gdy nie widać migających za bramą sylwetek samochodów. Gdy wyposażonych w głośno grające telefony i aparaty fotograficzne turystów nie ma za wielu. Gdy jest inaczej. Uwaga, chyba się zaczyna



zawartość zablokowana

Autor: Stefan Czerniecki


Pozostało 51% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się