Kosowo – zapach Wielkiej Albanii?

numer 1752 - 19.06.2017Publicystyka

Jestem znów, po blisko dekadzie, w jedynym państwie w Europie, w którym ludność wywiesza flagi obcego kraju znacznie chętniej niż własne. W państwie, w którym flagi tegoż sąsiada wiszą w szkołach dużo częściej niż flagi swojego państwa. A to wszystko nie tylko toleruje, ale wręcz wspiera władza.



Mowa o Kosowie, a te flagi to oczywiście czerwone sztandary z czarnym dwugłowym orłem – godłem Albanii. Albania jest tu obecna w myślach, mowach i uczynkach. Tam ma się rodzinę i przyjaciół, tam się jedzie do pracy i nie tylko, albańską historię i bohaterów narodowych zaś uznaje się za swoje.Nënë Tereza i tureckie meczety



Piątkowe, gorące czerwcowe popołudnie. Głos muezzina z meczetu w samym centrum miasta zachęca wiernych proroka Mahometa do modlitw. Ale to samo wezwanie do modłów do Allaha słyszę w niedzielę wieczorem. Rzecz dzieje się w kraju, który aspiruje do członkostwa w Unii Europejskiej. Kosowo nie jest całkowicie muzułmańskie, są tu również katolicy i prawosławni. Muzułmanów jest jednak zdecydowanie najwięcej – ponad 80 proc. Zresztą coraz więcej widać kobiet w chustach, także dziewcząt, i coraz częściej słyszy się o radykalizacji religijnej. Arabia Saudyjska i Turcja rywalizują tu, gdy chodzi o budowę meczetów, ale też o wysyłanie młodzieży na studia koraniczne. Ci absolwenci później wracają i budują wokół siebie środowiska, w których od marzenia o wprowadzeniu szariatu do realizacji jest tylko krok.



Jednak najsłynniejszą albańską katoliczką Kosowo chwali się nie mniej niż Albania. Mowa oczywiście o świętej Matce Teresie z Kalkuty. Główna ulica stolicy, Prisztiny, nosi właśnie jej imię – Nënë Tereza. To główny deptak miasta, na którym nie tylko w święta, ale praktycznie każdego dnia do późnych godzin wieczornych spacerują rodziny z dziećmi. A przede wszystkim wielkie morze młodych ludzi.



Gdzie okiem sięgnąć, widzi się nastolatków. Są wszędzie. Zwykle mężczyźni trzymają się osobno, a dziewczęta osobno. Kosowo ze swoim 1,5 mln muzułmanów jest jednym z najmłodszych i najprężniejszych demograficznie krajów Europy. Obywatele poniżej 21. roku życia stanowią połowę ludności! Jest ich tak wielu, że małe, liczące 1,8 mln ludności państwo ich nie pomieści. Stąd rozjeżdżają się po zachodniej, północnej i południowej Europie. Na Starym Kontynencie działa nie tylko albańska, ale też kosowska mafia, a liczba więźniów i z Kosowa, i z Albanii jest nieproporcjonalnie duża do liczby emigracyjnej populacji z obu tych państw.



Zabezpieczony uran



To Waszyngton zdecydował, wbrew sporej części Europy, o powstaniu Kosowa. To państwo jest jednym z dwóch najbardziej proamerykańskich w Europie, drugim jest… oczywiście Albania. W stolicy stoi pomnik prezydenta Billa Clintona, który już jako eksprezydent w 2009 r. osobiście go odsłaniał. Luksusowy sklep z sukienkami, też w centrum Prisztiny, nazywa się natomiast… „Hillary”.



Gdy gdzieś w interiorze spotykam młodego mężczyznę, który widzi, że reprezentuję Unię Europejską. Od razu słyszę zarzut, że „UE nie pomaga tak, jak pomaga Ameryka”. Rzeczywiście, Amerykanie zainwestowali tu sporo politycznie i militarnie.



150 polskich komandosów stacjonuje w bazach albo wspólnie z Amerykanami, albo przyjmując od nich zmianę. Z Polakami z wojsk desantowych łączą ich przyjazne relacje, stąd też przez wzgląd na te sojusznicze stosunki nie zadaję pewnego kłopotliwego pytania. Nie pytam zatem, jak to się stało, że Amerykanie na swoją bazę – pod pretekstem, że to najlepsze miejsce ze względów atmosferycznych (siła wiatru itd.) do lądowania śmigłowców – dostali w dzierżawę na 100 lat (sic!) tereny, na których stwierdzono istnienie dużych złóż uranu. Prawdę mówiąc, specjalnie mnie to nie martwi, a nawet się cieszę, że kosowska mafia przenikająca się z władzą w Prisztinie nie przehandluje tych terenów na przykład Rosjanom.



Rosyjska infiltracja



A ci ostatni zwiększają penetrację całego regionu – widać to w tle zamieszek w Macedonii czy turbulencji w Czarnogórze – w tym Kosowa, by zablokować czy spowolnić marsz tych państw do NATO (w wypadku Montenegro to się już nie udało) czy Unii Europejskiej. Pojawiają się też w Kosowie, rozbudowują sieć agenturalną. Na granicy macedońsko-kosowskiej w autokarze kursującym między stolicami, Skopje i Prisztiną, zatrzymano kobietę, która jechała „do pracy w Kosowie”. Rosjanka chciała pracować jako nauczycielka. Nie znała jednak ani albańskiego, ani serbskiego. Takich wypadków jest więcej. Rosjanie wykorzystują też poczucie słowiańskiej solidarności wśród Serbów oraz uczucie zawodu związane z Unią, które – może czasem i słusznie – jest udziałem części Słowian na Bałkanach i nie tylko. Stąd do zwerbowania droga krótka, także tych, którzy do Kosowa przyjeżdżają służbowo.



Na prowincji, inaczej niż w Prisztinie, w większości muzułmańskie społeczeństwo jest bardzo patriarchalne: w komisjach wyborczych – a przyjechałem tu na wybory – siedzą sami mężczyźni, jako mężowie zaufania takoż, a w kafejkach kawę czy nie tylko kawę (bo to jednak jest soft islam) piją tylko panowie.



Terrorysta bohaterem



Gdyby nie Zachód (Unia i USA, chyba jednak w tej kolejności), w Kosowie nadal pewnie trwałaby wojna. Zachód zresztą po części tradycyjnie generuje problemy, a potem stara się je rozwiązywać. Niepodległość Kosowa, zdaniem wielu ekspertów, ogłoszono za wcześnie i tylko pogłębiło to napięcia wewnątrz Kosowa, a tak naprawdę albańsko-serbskie. O ile Kosowianie, czyli Albańczycy z Kosowa, nie narzekają specjalnie na Tiranę, to mniejszość serbska w Kosowie na Belgrad narzeka coraz głośniej. To stolica Serbii politycznie decydowała, kto z mniejszości serbskiej w Kosowie obsadza dziesięć mandatów, które są dla nich prawnie zagwarantowane. Teraz miejscowi Serbowie się zbuntowali i do parlamentu wystawili kilka list



zawartość zablokowana

Autor: Ryszard Czarnecki


Pozostało 50% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się