Cień Berlina

numer 1753 - 20.06.2017Publicystyka

Na początku czerwca do gazoportu w Świnoujściu dotarł pierwszy statek z Ameryki. Wydarzenie, odnotowane skrupulatnie przez patriotyczne media, wyprzedziło kolejne informacje o tym, że Unia Europejska wbrew powtarzanym frazesom o solidarności stawia na współpracę z Rosją i na drugą nitkę Nord Streamu.



Gdy europejskie firmy udostępniają rosyjskiemu gigantowi finansową kroplówkę, Amerykanie wprowadzają sankcje wobec współpracujących z nim firm, narażając się przy tym na krytykę ze strony Austrii i Niemiec. Coraz częściej mówi się też, że w groźbach kierowanych wobec Polski temat uchodźców jest jedynie pretekstem, prawdziwą wściekłość Berlina i Brukseli budzą zaś próby uzyskania przez Polskę większej samodzielności energetycznej. Rosnąca niezależność Polski na arenie międzynarodowej motywowana postawą obecnych władz i wzmacniana dobrymi wynikami gospodarczymi oraz poprawiającą się kondycją finansów powoduje obawy wszystkich sił, które chciały widzieć w Polsce jedynie europejską wersję republiki bananowej, podlegającą Niemcom (i realizującym ich interesy instytucjom europejskim) oraz gwarantującą silne wpływy Rosji.Nagonka ruszyła



Wśród Polaków nieufność wobec Rosjan jest silniejsza niż wobec Niemców. O wiele łatwiej wybaczamy politykom bliskie relacje z Niemcami, gazetom czy stacjom radiowym zaś mocny udział niemieckiego kapitału. Napaść Rosji na Ukrainę sprawiła, że przynajmniej w sferze deklaracji politykę Moskwy zaczęli krytykować nawet politycy Platformy Obywatelskiej. Choć jeszcze do niedawna widzieli w Rosji państwo mogące aspirować do NATO i stanowiące poważny element naszej polityki bezpieczeństwa. Opozycja nie może już dziś wprost bronić rosyjskich wpływów, by nie narazić się na całkowitą kompromitację. Próbuje jednak po cichu działać na rzecz ich utrzymania, czy to w sferze obronności kraju (krytyka wszelkich działań kierownictwa MON-u), czy w sferze symbolicznej, ograniczając zasięg dekomunizacji nazw ulic postulowany przez IPN, czy broniąc przywilejów emerytów komunistycznych służb mundurowych. Zupełnie inaczej jest jednak, gdy chodzi o stan posiadania Niemiec. W ostatnich dniach troska ta wyraziła się nagonką na premier Beatę Szydło i przybrała rozmiary histerii, oczywiście znakomicie zorkiestrowanej.



Wypowiedź szefowej polskiego rządu z okazji 77. rocznicy deportacji pierwszego transportu polskich więźniów do Auschwitz została skomentowana wyjątkowo szeroko. Pretekstem do ataku stały się słowa o potrzebie obrony własnych obywateli jako kluczowym obowiązku każdego państwa. Choć Beata Szydło mówiła o „obywatelach” w miejscu, w którym ginęli przedstawiciele różnych nacji, opozycja odczytała jej wystąpienie jako deklarację obrony narodu (czyli struktury etnicznie jednolitej) nie przed totalitaryzmem i zbrodniczą ideologią, które stała za tym obozem śmierci, a przed uchodźcami.



Słowa wypowiedziane w miejscu będącym świadkiem i areną potwornej zbrodni Niemców posłużyły do krytyki za sprzeciw wobec realizacji kolejnego zabójczego dla Europy niemieckiego szaleństwa. Napaść na Szydło rozpoczął na Twitterze Donald Tusk, pisząc: „Takie słowa w takim miejscu nigdy nie powinny paść z ust polskiego premiera”. W kolejnych godzinach i dniach politycy opozycji totalnej (rozsądniejsze stanowisko zajęli przedstawiciele Kukiz’15, a także PSL-u) i dziennikarze zaczęli prześcigać się w udowadnianiu, że usłyszeli podczas uroczystości słowa, które nie zostały wypowiedziane. Ataków nie powstrzymały nawet liczne głosy środowisk żydowskich, biorące w obronę polską premier i protestujące przeciwko wykorzystywaniu wielkiego dramatu do bieżącej politycznej walki. Nadaremno



zawartość zablokowana

Autor: Krzysztof Karnkowski


Pozostało 50% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się