Muzyka artystycznych rozwodów

numer 1772 - 12.07.2017Kultura

Aby nie owijać w bawełnę, przyznam się już na wstępie, że dla mnie człowiekiem kreującym w sposób najistotniejszy ostateczne brzmienie zespołu Pink Floyd był i jest Roger Waters. To, co tworzył i tworzy, muzycznie posiada ten niepowtarzalny „podpis”, który sprawia, że w mig rozpoznajemy jego utwory.

Ale czy to jedyny wypadek, kiedy siłę muzycznej osobowości poznajemy i w pełni doceniamy, kiedy ten czy inny tuz opuszcza szeregi formacji, która wyniosła go i jego kompanów na wyżyny popularności muzycznego biznesu? Tak było z Peterem Gabrielem, który błyszczał jako frontman Genesis, a po jego odejściu – co prawda z Philem Collinsem – zespół odnosił komercyjne sukcesy, jednak rzeczy twórcze i wręcz odkrywcze dla rocka, tego z silną nutą artystycznej progresji, powstawały wtedy, kiedy Collins siedział za bębnami, a wokalnie brylował Gabriel.Ewolucje personalne



Aby nie szukać daleko, podobnie miała się sprawa z Marillion, które co prawda nadal bawi najbardziej zagorzałych fanów kolejnymi płytami, ale zarówno zespół, jak i jego charyzmatyczny wokalista Fish nigdy nie otarli się samoistnie o sławę, której doświadczali, usadawiając na szczytach list przebojów „Keyligh” i „Lavender”. Odrobinę odmiennie sprawa się ma z The Police, które z chwilą rozwodu ze Stingiem przestało istnieć. Spektakularne powroty tria na scenę – owszem – elektryzowały fanów i branżę, jednak były to sytuacje przelotne. I tu warto postawić pytanie: co sprawia, że wielkie formacje nagle się sypią, gdy znajdują się na szczycie sławy? W chwilach, kiedy eksplodują indywidualne kariery ich członków. Moim zdaniem odpowiedź jest jedna: wielkość, ponadczasowość dokonań wynika z charyzmy i siły osobowości zarówno tych mentalnych, jak i wizerunkowych liderów. Zarówno tych, którzy komponują, tworzą, jak i tych, którzy stoją wprost na granicy między zespołem a publicznością, często genialnie wtapiając się w koncepcję kilku osób.



Nic dziwnego, że każda informacja o połączeniu sił przez artystów działających niegdyś pod jednym szyldem wywołuje emocje. Ile to już razy miało wznowić działalność Genesis? Ostatecznie fani musieli otrzeć łzy, jak choćby w tym roku, kiedy plotka potwierdziła się w połowie: nie Genesis, lecz Phil Collins wrócił na scenę pod szyldem „Not Dead Yet Tour”. Spektakularnie, ku uciesze milionów fanów. Zainteresowanie koncertami jest tak duże, że już podano, iż artysta wydłuża trasę o koncerty listopadowe i grudniowe. I wreszcie docieramy do sedna, czyli najnowszej płyty Rogera Watersa. Album „Is This the Life We

Really Want?” solidnie potrząsnął branżą muzyczną i nie chodzi wyłącznie o fanów. Ci długo czekali na nowy album, ale, jak widać, było warto. Od razu podniosły się głosy, że to nawiązanie do najlepszych dokonań zarówno Pink Floyd, jak i jego solowych sukcesów. Jedni dosłuchują się w tym naturalnej, brzmieniowej i stylistycznej kontynuacji „The Wall”. Co odważniejsi chętnie umiejscawiają tę muzykę w rejonach „Wish You Were Here”. Bez wątpienia „Is This the Life We

Really Want?” ma artystyczny ciężar „Amused to Death”. Osobiście stawiam znak równości, choć przesłanie albumów jest różne.



Na płycie z 1992 r. mieliśmy Watersa buntownika, człowieka stojącego w opozycji do mediów, które zaczęły ostatecznie rządzić światem, a rozwój technologii prowadził do alienacji. To był Waters protestujący przeciwko globalizacji, amerykańskiej militarnej hegemonii. Co z tego zostało? Roger Waters roku 2017 to człowiek rozżalony, obrażony na Boga, można wręcz pokusić się o stwierdzenie, że zgryźliwy i zgorzkniały. Bezspornie punkt widzenia artysty w wieku 30, 50, a następnie 74 lat może być odmienny. Nawet w tych samych kwestiach. Owszem, muzycznie Waters jest jak wino



zawartość zablokowana

Autor: Piotr Iwicki


Pozostało 50% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się