Półwysep Koreański. Zapach wojny

numer 1823 - 11.09.2017Publicystyka

Na pierwszej stronie „The New York Timesa” z czwartku 7 września 2015 r. wielkie zdjęcie Kim Dzong Una, przywódcy Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej i chińskiego lidera Liu Yunshana (od 2012 r. jeden z siedmiu członków Stałego Komitetu Biura Politycznego kompartii Chin Ludowych). 

Obaj azjatyccy komuniści pozdrawiają tłumy w stolicy KRL-D w czasie ostatniej wizyty na tak wysokim szczeblu przedstawiciela Komunistycznej Partii Chin. To było dwa lata temu. Ale przez cały czas Pekin pilotuje komunistyczną Koreę, nie tylko (i chyba nawet nie głównie) ze względów ideologicznych. Pjongjang – taka jest nazwa stolicy państwa północnokoreańskiego – jest idealnym sprzymierzeńcem dla Pekinu. Przypomina głodnego (nomen omen) brytana, którego chiński pan w każdej chwili może spuścić z łańcucha, a przynajmniej zachęcić, żeby poszczekał w kierunku azjatyckich sojuszników Ameryki – Japonii i Korei Południowej.

Polska – kanał kontaktowy?

Czy jest sens zajmować się czymś, co dzieje się na drugim końcu świata? Co prawda Polska jako jedno z niewielu państw zachodnich utrzymuje oficjalne stosunki z komunistyczną Koreą 

i – co jest tajemnicą poliszynela – stanowi dla szeroko rozumianego Zachodu nieformalny kanał kontaktów i przekazywania kolejnych, mniej lub bardziej rytualnych, połajanek, ale czy rzeczywiście to, co ma miejsce 7,5 tys. km od nas powinno budzić w polskiej opinii publicznej więcej niż zdawkowe zainteresowanie? Tak, bo potencjalny konflikt militarny, do którego dziś jest bliżej niż kilka miesięcy temu i jeszcze bliżej niż kilka tygodni temu, dość łatwo może przerodzić się w konflikt ponadregionalny. Jeżeli eksperci militarni i politolodzy spekulują, że konflikt, który może stać się wojną globalną, będzie zlokalizowany albo na Półwyspie Koreańskim lub na Morzu Południowochińskim – to nie odrzucałbym całkowicie tych prognoz. Skądinąd Rzeczpospolita ma szczególne predylekcje, aby zajmować się sytuacją na Półwyspie Koreańskim. Na szczęście nie braliśmy udziału w wojnie koreańskiej (1950–1953), choć Związek Sowiecki rozważał możliwość wysłania tam żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego jako mięsa armatniego. Jednak, o czym mało kto wie, w Polsce znalazło dom setki koreańskich sierot, oficjalnie z komunistycznej Korei Północnej, a w praktyce także dzieciaków wywiezionych przez komunistów z Korei Południowej. W Polsce zjawiły się po zakończeniu walk między Koreą Północną a Koreą Południową, wspieraną przez szeroką koalicję wojsk z kilku kontynentów pod szyldem ONZ (Azja, Europa, Afryka, Ameryka Północna, Ameryka Południowa oraz Australia i Oceania), a dowodzoną przez generała Douglasa MacArthura. 

Targanie tygrysa z USA za wąsy i handel wymienny

W wymiarze politycznym jednak Polska jest jednym z trzech państw – obok Szwecji i Szwajcarii – które funkcjonuje w strukturze o nazwie Komisja Nadzorcza Państw Neutralnych. Warszawa i Seul są sojusznikami Waszyngtonu, ale rzeczywiście to Polska, utrzymując relacje dyplomatyczne z KRL-D, jest zachodnim peryskopem, który może odegrać pewną rolę w obserwowaniu wzrostu aktywności „złej Korei”. Jej przywódca Kim Dzong Un w ciągu ledwie sześciu lat urzędowania przeprowadził więcej prób z rakietami różnego rodzaju zasięgu niż jego ojciec i poprzednik Kim Dzong Il w ciągu 17 lat swojego panowania (to dobre słowo!). Czasem słyszymy także w naszym zachodnim obozie sugestie, że celem północnokoreańskich komunistów jest „zjednoczenie” Półwyspu Koreańskiego pod czerwoną flagą. Mam wrażenie, że niektórym z naszych ekspertów służy to do mobilizowania opinii przeciwko komunistycznemu establishmentowi w Pjongjangu, a inni po prostu demonizują reżim KRL-D. Mam kompletnie inne zdanie, oceniając pozornie awanturnicze działania komunistycznej Korei



zawartość zablokowana

Autor: Ryszard Czarnecki


Pozostało 50% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się