Człowiek porażka wstępuje do Platformy

numer 1874 - 10.11.2017Publicystyka

POLITYKA Marian Janicki powraca



Marian Janicki wstąpił do PO, by doradzać największej partii opozycyjnej w sprawach wojska i służb. Lepszej wizytówki dla upadającego molocha, który do niedawna rządził niepodzielnie na polskiej scenie politycznej, Grzegorz Schetyna i Tomasz Siemoniak nie mogli wymyślić. 

Poprosiliśmy byłego dyrektora Biura Ochrony Rządu gen. Mariana Janickiego o to, by został przedstawicielem tego ruchu protestu co do ustawy dyskryminacyjnej. Chcąc walczyć z nami o ważne dla Polski sprawy, gen. Janicki zgodził się wstąpić do Platformy – oświadczyli politycy PO, którzy podobno poważnie rozważają, czy były szef BOR-u mógłby powalczyć w wyborach samorządowych w Krakowie. Ustawą dyskryminacyjną nazywają rzecz jasna dezubekizację, czyli utratę sporej części emerytur przez funkcjonariuszy, którzy kiedyś służyli w cywilnym aparacie bezpieczeństwa PRL-u. Wszak problemu z wojskowymi służbami ustawodawca nie rozwiązał. „Ustawa dyskryminacyjna” głównym motywem krakowskiej kampanii samorządowej? Kogo może to zainteresować, gdy w grę wchodzą inwestycje, korki, infrastruktura czy wreszcie rozwiązanie problemu reprywatyzacji w dawnej stolicy Polski? 

10 kwietnia kupował marchewkę

W starciu z prezydentem Jackiem Majchrowskim Marian Janicki nie ma najmniejszych szans na wygraną. Wejście Janickiego do PO w ogóle jest ryzykowne. Z miejsca stał się przecież symbolem przegranego polityka – to za jego czasów w BOR-ze doszło do ogromnego kryzysu, z katastrofą smoleńską włącznie. 

Na Siewiernym 10 kwietnia 2010 r. na delegację Lecha Kaczyńskiego czekało raptem kilku funkcjonariuszy Biura. Dziewięciu zginęło na pokładzie samolotu. Janicki w tym czasie robił zakupy na krakowskim Rynku Kleparskim, o czym sam zeznał w prokuraturze. BOR nie zabezpieczyło w żaden sposób lotniska, nie sprawdziło go pirotechnicznie, zaniedbało kwestię sprawdzenia kontrolerów. 

Wróćmy do bardzo ciekawej relacji jednego z funkcjonariuszy Biura, który siedem lat temu tak opowiadał o zaniedbaniach BOR-u w wywiadzie dla Polsatu. Na pytanie dziennikarza Łukasza Kurtza, ilu BOR-owców pojechało do Smoleńska, by zabezpieczyć wizytę prezydenta, odpowiedział: „Żeby przedstawić to w bardziej klarowny sposób – to nie grupa, tylko grupka wyjechała. Bo raptem z mojej posiadanej wiedzy wynika, że było czterech funkcjonariuszy. Trzech albo czterech. Jeden odpowiedzialny, jeden wspomagający i pirotechnik. [...] W czasie wizyty pana prezydenta Kwaśniewskiego na cmentarzu katyńskim zaangażowanie środków było kilkunastokrotnie większe”. 

Autorytet moralny

Ten sam BOR-owiec podawał w wątpliwość pracę pirotechniczną na lotnisku. „Pirotechnik, w czasie gdy były robione przygotowania do wizyty, nie był, nie asystował służbie dokonującej kontroli, więc tak do końca nie mógł być pewny, że ta kontrola została wykonana. Został dowieziony, tzn. dojechał na miejsce ze służbami Federacji Rosyjskiej. Po katastrofie” – mówił funkcjonariusz BOR-u, który oczywiście zastrzegł sobie anonimowość. Nie można się dziwić, wszak wówczas pracami Biura kierował Marian Janicki



zawartość zablokowana

Autor: Grzegorz Wszołek


Pozostało 51% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się