„Wesele” Klaty. Między komiksem a sednem spraw

numer 1896 - 07.12.2017Publicystyka

Teatr Liberalna inteligencja dostała spektakl zgodny ze swoimi oczekiwaniami 

Jan Klata zrobił z „Wesela” Wyspiańskiego kontrowersyjny patchwork. To teatralny komiks z blackmetalową muzyczną oprawą i momentami, które sprowadzają na widownię głęboką ciszę. Może taka jest dziś Polska?

Gdy kilka dobrych miesięcy temu okazało się, że Jan Klata wystawi w krakowskim Teatrze Starym „Wesele” Stanisława Wyspiańskiego z nietypową oprawą muzyczną, czyli grającym na żywo w trakcie spektaklu blackmetalowym zespołem Furia, błyskawicznie wykrystalizowały się ekstrema. Jedni się zachwycili – i trwają w tym zachwycie do teraz, a wszystko im się bardzo w tej interpretacji podoba, choćby ze względu na różne okoliczności poboczne, na czele z odwołaniem Klaty z funkcji dyrektora szacownej sceny. Inni się oburzyli – i trwają w oburzeniu do teraz, i nic im się nie podoba w tym spektaklu, nawet jeśli go nie widzieli, ale znają i potakują różnym okolicznościom pobocznym, na czele z wyżej wspomnianą. Bilety świetnie się sprzedały, od dyskusji rozgrzał się internet. Niektórzy nawet poszli do obuwniczego po sprawunki na tę okoliczność.

Rozdwojenie spektaklu

Gdzieś w zgiełku „Wesela” padają słowa, że trzeba nam myśli i sztuki, która rozumie współczesność. Wybrzmiewają i padają na ziemię między weselników, na teatralną scenę. Nawet jeśli Klata chciał nam powiedzieć coś o współczesności, to raczej tylko tyle, żeby nic nie zazgrzytało miłośnikom i miłośniczkom jego twórczości i recenzentom z „Gazety Wyborczej”. Użył kilku efektownych gadżetów i zabiegów, żeby całość nasycić elementami pastiszu i kpiny. Mamy zatem Czepca (Krzysztof Zawadzki) w tożsamościowym T-shircie z orłem, mamy gitarowo-oazowe śpiewanie w wykonaniu księdza (Bartosz Bielenia). Mamy nawiązania do kibicowskich tłumów, w których mundurek wbito kosynierów. Wszystko to są czytelne dla inteligenckich odbiorców kody – w gruncie rzeczy mocno bieżączkowe i zgodne z gazetowowyborczą wizją Polski naszych lat. Spór ludu i inteligencji, jeden z najistotniejszych polskich sporów dwóch minionych wieków, opakowano w strawną dla liberalnych mieszczan krytykę polakokibolstwa. I na tym właściwie rzecz się skończyła.

To wszystko sprawia, że „Wesele”, jedno z najcięższych gatunkowo polskich dzieł literackich, wpada w komiksową manierę. Kreska jest ostra i jaskrawa, przekaz aż nadto czytelny, złośliwości odpowiednie dla wrażliwości wielkomiejsko-inteligenckiego widza o liberalnych gustach. W związku z tym spektakl się rozdwaja – z interpretacji dowiaduję się o współczesności tylko tego, czego i tak dowiaduję się od bywalców krakowskich kawiarni. Ale poza interpretacją jest „Wesele” samo w sobie – i ono także mówiło do mnie w czas przedstawienia. I ono bolało najbardziej: chwilami harmonizując z reżyserskim zamysłem, chwilami pozostając czystym słowem i treścią poza interpretacją.

Sztampa teatralnej golizny

Filozofia, przekaz, oskarżenia, jakie płyną z „Wesela”, to polskie agony myśli i czynu. To pokazanie i współtworzenie polskości, która pod koniec XIX w. i na początku XX w. tak bardzo zaczęła się przeobrażać. I to niestety umyka w wielu miejscach Klatowego przedstawienia. Nie piszę tego ze złej woli, dla świętego spokoju wolałbym uniknąć tej krytyki – ale nie da się nie zacytować klasyka prosto w twarz wniebowziętej widowni i niektórym zaprzyjaźnionym z reżyserem krytykom: „Jak to zachwyca, skoro nie zachwyca?”. Ale jedno z pewnością mnie poruszyło: chocholi taniec weselników jako lejtmotyw spektaklu, taniec zanurzony w gęstym, mrocznym graniu



zawartość zablokowana

Autor: Krzysztof Wołodźko


Pozostało 51% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się