​Nie wybrałem żadnej artystycznej drogi. To ona mnie wybrała

numer 1896 - 07.12.2017Kultura



Wywiad Obraz pojawia mi się nagle w głowie. Widzę jego zarys. Ale jest to ulotne, więc w trakcie pracy muszę się dokopywać do tej pierwotnej wizji, która ujawniła się w momencie natchnienia. Jak nie ma tej mocnej wizji i tego doświadczenia bezpośredniego, to odchodzę od obrazu – mówi malarz JANUSZ LEWANDOWSKI w rozmowie z SYLWIĄ KRASNODĘBSKĄ.

W październiku odebrał Pan w Gdańsku prestiżową Nagrodę im. Kazimierza Ostrowskiego za twórczą kontynuację polskiego malarstwa pejzażowego z najświetniejszego jego okresu, przełomu XIX i XX w. Gratulujemy! Patrząc na Pana obrazy, można odnieść wrażenie, że jest Pan człowiekiem rozkochanym w niebie. To właściwy trop?

Tak, ale wymagający uzupełnienia. W ziemi i niebie. Niebo jest kapitalną przestrzenią malarską. Na palcach jednej ręki policzyłbym wielkich malarzy, u których nie było nieba. Ono daje ogromne możliwości rozwinięcia fabularnego w obrazie. A mnie zależy na treści. Dlatego np. moje obrazy mają tytuły i one są nieprzypadkowe. Nie tytułuję moich obrazów „Zielony dzbanek z cytryną”. Daję tytuły na własny użytek. One mają mnie mobilizować.

Na przykład „Walka Jakuba z aniołem” albo „Porwanie Europy”.

Nie gardzę dodatkowymi wartościami w sztuce. Tymczasem wielu uważało, że temat nie ma znaczenia, że jest dla literatów, że liczy się wyłącznie forma.

Czy tak też uczył Pana na ASP prof. Artur Nacht-Samborski?

Prof. Nacht-Samborski był erudytą i inteligentem. Studenci na ogół idą w ślady profesora i często go naśladują. Ja taki nie byłem, a mimo to mieliśmy dobre relacje



zawartość zablokowana

Pozostało 50% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się