Królem być…

numer 1921 - 10.01.2018Publicystyka

„Mieszkańcy Warszawy mogli w tym roku oglądać taniec dziewcząt z szarfami, taniec chińskiego smoka, atak diabłów na Orszaki oraz musztrę Legionu Rzymskiego” – czytamy na jednym z katolickich portali. „Ponadto na placu Piłsudskiego zbudowano zagrody ze zwierzętami. Po dotarciu na plac pochód oddał pokłon Świętej Rodzinie. Na zakończenie tegorocznego Orszaku mieszkańcy Warszawy zatańczyli poloneza do kolędy »Bóg się rodzi«”. 

Można wrzucić do jednego worka wiele różnych rzeczy i próbować je połączyć. Tylko co z tego ma wyniknąć? Jeśli jest barwnie, głośno, egzotycznie, jeśli ludzie się śmieją, jeśli bajka, widowisko, taniec mieszają się beztrosko z modlitwą, z tradycją religijną, z prawdami wiary, to może warto jednak zadać sobie także pytanie z gatunku tych nieuprzejmych, aroganckich, a nawet staroświeckich: o co tak naprawdę organizatorom tego spektaklu chodzi? 

Uderzające jest żonglowanie symbolami: korony na głowach małych i dużych uczestników widowiska (czyżbyśmy wszyscy byli poganami jak Mędrcy ze Wschodu?). Tańczący smok azjatycki (czego, a raczej kogo symbolem w katolickiej wierze i kulturze jest smok? Co ma oznaczać jego „taniec” przy okazji Narodzin Jezusa?). Dziwnie sztucznie zabrzmiały też słowa prezydenta Andrzeja Dudy o szacunku dla godności ludzkiej, właśnie przy tej okazji – jak godność ludzka ma się do objawienia się ludziom Boga? Co ma z nim wspólnego? I co najmniej wątpliwy był, z punktu widzenia zwykłego katolika, polonez odtańczony do słów dostojnej, uroczystej kolędy „Bóg się rodzi”.

Prawdziwa historia Trzech Mędrców

Ta historia jest fascynująca – prawdziwa historia, a nie bajka opowiedziana z wieloma fantazyjnymi dodatkami i ozdobami. Jej bohaterowie byli uczonymi, pasjonatami nauki – w Tradycji Kościoła przetrwali jako Królowie. Mieli narzędzia do poznawania materialnego świata, głęboką kulturę ludzi epoki starożytnej. Wiedzieli też, że Bóg istnieje, choć byli poganami, tak jak wie to ten, kto uważnie obserwuje świat, widzi jego piękno, harmonię, doskonałość, życie.

Dobrze znali się na gwiazdach. Skoro dostrzegli znak na niebie, postanowili iść za tym znakiem, podjąć ryzyko podróży w nieznane. Wybrali niewygody, trudy i niebezpieczeństwa podróży. Byli poganami, ale zarazem ludźmi czynu, mężnymi, konsekwentnymi, odważnymi. Ich umysły domagały się prawdy. 

Ich przeciwieństwem był Herod. Groteskowa postać, zaledwie drobny „królik”. Choć był marionetką w ręku Cezara, miał duże ambicje. Chciał zawsze mieć poczucie, że jest jedyny, niepowtarzalny, chciał być czczony, podziwiany tylko dlatego, że ma odrobinę władzy. Trząsł się na myśl o odebraniu mu jej czy choćby tylko uszczupleniu. Uczeni w Piśmie byli jego mentorami. Do nich zwrócił się, by zweryfikować prawdziwość wiadomości o narodzinach Mesjasza, jakie przekazali mu Mędrcy ze Wschodu. Ci mentorzy – religijne autorytety Izraela – posiadali wiedzę o Bogu. Wiedzę pewną, gwarantowaną przez Pismo – wiedzieli dokładnie, gdzie i kiedy ma się narodzić Mesjasz, ale cóż z tego, oddali się na służbę przebiegłemu pyszałkowi, małemu człowiekowi, który nie chciał znać prawdziwego Boga. Więcej, postanowił zgładzić Go wraz ze wszystkimi Jego rówieśnikami. Wiedział, że to jest Bóg, bo nie mógł nie wierzyć Pismu i tym, którzy je wykładali. Ta wiedza nie ustrzegła go jednak przed zbrodnią wynikającą z pychy. Uznał Boga za swojego konkurenta. Herod był ślepcem, oślepiała go własna pycha. A faryzeusze i uczeni w Piśmie byli tchórzami, koniunkturalistami. Im także na nic nie przydała się wiedza o Bogu. Wielu jest takich papierowych władców zachwyconych sobą, niekoniecznie świeckich. 

Korona z kartonu 

na czołach setek królów 

Trywializowanie wiedzy i wiary, którą się posiadło na lekcji religii, z katechizmu, domowego wychowania, od rodziców, nauk głoszonych w kościołach, jest dziś zjawiskiem coraz powszechniejszym. Trywializowanie naukowe, profesjonalne. Może mieć także postać hucznego, bogatego w rekwizyty i efekty teatralne ulicznego świętowania w ramach Orszaku Trzech Króli. Owszem, w czasach średniowiecza nic w tego rodzaju widowiskach niefortunnego z pewnością nie było, a Kościół przymykał oko na jaskrawość ulicznych korowodów, wyrażających religijność ludu, spontaniczność i żarliwość jego uczuć. Dziś rzecz przedstawia się inaczej. Nie pamiętamy, czym są dogmaty, jakby były jakąś mocno zużytą i kompletnie nieinteresującą anachronicznością. Zniekształca się ich treść w kulturze, z którą obcujemy na co dzień, w sposób często wystudiowany, akademicki, rzekomo w imię postępu (ewolucji) i humanizmu. Przechwytuje się i poniewiera religijne symbole. Podkłada się pod dawne pojęcia odmienną treść.

Słowem, dziś w dziedzinie wiary można być na tysiące sposobów wyprowadzonym poza rzeczywistość. Można zostać udziecinnionym, „wykreowanym” i choć przyjęło się chrzest, całe swoje życie, poza pracą zawodową, można zamienić, za pośrednictwem reklamy, rozrywki i mody, w jedno wielkie wesołe miasteczko, w paradę atrakcji. Do tych atrakcji doczepić można kolędy, szopkę i gwiazdę jako rekwizyty, niewiele więcej znaczące niż czekoladowe jajko z niespodzianką na Wielkanoc.

„Każdy z uczestników otrzymał papierową koronę, śpiewniki i naklejkę” – czytamy

w relacjach z Orszaku Trzech Króli



zawartość zablokowana

Autor: Ewa Polak-Pałkiewicz


Pozostało 50% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się