„Gniew” atakuje Kościół

numer 1922 - 11.01.2018Kultura

Śmieszny patos, infantylne metafory i toporne symbole. Wchodzący w piątek na ekrany „Gniew” z Orlando Bloomem jest filmem tak złym, że powinno go obejrzeć jak najmniej osób. Uwaga – poniższa recenzja zawiera spoilery. 

Żeby zatytułować swój film „Gniew”, trzeba być albo geniuszem, albo bufonem. Na taki krok nie zdecydował się nawet Wojciech Smarzowski, który podobno pod takim właśnie tytułem pierwotnie miał nakręcić „Wołyń”. Polscy dystrybutorzy zrobili więc twórcom filmu, braciom Ludwigowi i Paulowi Shammasianom, niedźwiedzią przysługę, tłumacząc tytuł „Romans” (odnoszący się do listu św. Pawła do Rzymian) jako „Gniew”. Zabieg ten nadał obrazowi jeszcze więcej śmiesznego patosu, którym i bez tego film epatuje do tego stopnia, że rzeczywiście budzi gniew – u widza.

Malky (Orlando Bloom) w przeszłości jako dziecko padł ofiarą molestowania seksualnego. Sprawcą napastowania był szanowany w okolicy ksiądz, który nigdy nie poniósł konsekwencji swoich czynów. Dlatego gdy kapłan po latach powraca do rodzinnej miejscowości Malky’ego, w mężczyźnie odżywają wspomnienia i staje on do samotnej walki ze swoją traumą. Pochłania go to tak bardzo, że odtrąca swoją dziewczynę Emmę (Janet Montgomery), a jedyne spełnienie przynosi mu praca polegająca na



zawartość zablokowana

Autor: Magdalena Fijołek


Pozostało 51% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się