Euro nie odstraszy Rosji

numer 1923 - 12.01.2018Publicystyka

Można sobie wyobrazić argumenty za wejściem Polski do zreformowanej strefy euro. Jednak głosów za jak najszybszym przyjęciem wspólnej waluty w obecnym jej kształcie zrozumieć nie sposób. Tymczasem do tego właśnie sprowadza się list otwarty „Rzeczpospolitej” i grupy liberalnych ekonomistów.

Redakcja „Rzeczpospolitej” rozpoczęła rok 2018 od publikacji listu otwartego napisanego wspólnie z grupą czołowych polskich ekonomistów o raczej liberalnych przekonaniach. Mowa chociażby o Witoldzie Orłowskim, Januszu Jankowiaku, Henryce Bochniarz czy Marku Goliszewskim. Redaktorzy „Rzepy” wspólnie z ekonomistami postanowili zaapelować do polskich decydentów o możliwie najszybsze przyjęcie wspólnej europejskiej waluty. Wydawałoby się, że tak mocny noworoczny materiał powinien być pełen świeżych tez i dobitnych argumentów. Niestety list był pełen nieprzekonujących ogólników, obalonych już argumentów oraz zaklinania rzeczywistości. Sygnatariusze uparcie nie chcą zauważyć, że strefa euro nie pozbyła się swoich wad, a przyjęcie wspólnej waluty jest dla nich aksjomatem, a nie racjonalną decyzją opartą na chłodnej analizie faktów.

Fałszywa alternatywa

Głównym argumentem, na jaki powołują się autorzy listu otwartego ws. przyjęcia euro, jest ryzyko „trafienia w rosyjską strefę wpływów” w wypadku pozostania przy rodzimej walucie. Otóż w naszym położeniu mamy nie mieć alternatywy – albo strefa euro, albo „russkij mir”. Oczywiście zagrożenia rosyjskimi wpływami nie należy lekceważyć, a powrót pod pieczę Kremla to chyba najgorszy możliwy dla naszego kraju scenariusz. Trudno jednak uznać strefę euro za skuteczną polisę ubezpieczeniową. Wystarczy tylko sobie przypomnieć, jakie kraje wymienia się jako potencjalne, kolejne po Ukrainie, cele Rosji – nie licząc Mołdawii, są to oczywiście kraje bałtyckie. Wszystkie trzy mają wspólną walutę, która jednak wydaje się niespecjalnie odstraszać Putina, Szojgu i spółkę. Dużo skuteczniej robią to bazy NATO. To właśnie Pakt Północnoatlantycki jest naszym głównym filarem bezpieczeństwa militarnego, a on opiera się w pierwszej kolejności na USA. Jest zresztą grupa europejskich członków NATO (np. Islandia i Norwegia), którzy w ogóle nie należą do UE. Unia Europejska dopiero przygotowuje się do tworzenia zrębów wspólnej armii (PESCO) i bez wątpienia powinniśmy w tym aktywnie uczestniczyć, znów jednak nie ma dowodów na to, że brak wspólnej waluty w tym przeszkodzi. Dość powiedzieć, że do umowy PESCO nie przystąpił tylko jeden kraj spoza euro (Dania) i aż trzy ze strefy euro (Irlandia, Portugalia i Malta).

Oczywiście podbój militarny jest tylko jednym ze sposobów zdobycia wpływów w danym kraju. Drugi to uzależnienie gospodarcze. Tylko że akurat rosyjskie wpływy gospodarcze grożą nam dużo mniej. Można wręcz powiedzieć, że Polska jest modelowym przykładem kraju, który uniezależnił się od rosyjskiej gospodarki, utrzymując własną walutę. W stosunkowo krótkim czasie przeorientowaliśmy się gospodarczo na Zachód, a złoty w niczym nam nie przeszkodził. Niemcy stały się naszym najważniejszym partnerem gospodarczym, a euro nie było nam w tym potrzebne. Dzięki niedawno ukończonym inwestycjom energetycznym już niedługo będziemy niezależni od surowców z Rosji. Można wręcz powiedzieć, że jesteśmy najmniej zależnym gospodarczo od Rosji środkowoeuropejskim członkiem UE. A w których krajach te wpływy są wyraźne? Chociażby na Słowacji i w krajach bałtyckich, które euro już mają. Uniezależnienie się od gospodarczych wpływów Rosji to kwestia odpowiedniej polityki surowcowej i handlowej. Waluta jest tu drugorzędna. Teza, według której brak euro skazuje nas na trafienie w krąg wpływów rosyjskich, jest zupełnie wydumana



zawartość zablokowana

Autor: Piotr Wójcik


Pozostało 50% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się