Ustawa o IPN-ie była egzaminem dla prezydenta

numer 1946 - 08.02.2018Publicystyka

Przez dwadzieścia minut prezydent Andrzej Duda przemawiał na konferencji prasowej, zanim zadeklarował, że nowelizację ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej podpisze, ale skieruje do Trybunału Konstytucyjnego. Czy jest to postawa męża stanu?

Egzamin na męża stanu odbywa się w najtrudniejszych dla narodu momentach i polega zazwyczaj na tym, że polityk musi wyjść poza konwenanse i stworzyć zasady do nowej gry. Zrobił tak Józef Piłsudski w 1927 r., gdy spotkał w Genewie premiera Litwy Augustinasa Voldemarasa. Był to czas, gdy parlament litewski zapisał w konstytucji, że stolicą kraju jest Wilno należące wówczas do Rzeczypospolitej. Nienawiść do Polski została podkreślona w decyzji podtrzymania stanu wojny z naszym krajem. Litwini wiedzieli, że do realnej wojny nie dojdzie, bo nie pozwoli na to Liga Narodów i sojusznicy Warszawy, a więc ten dwuznaczny stan pozwolił na nieustanne roszczenia do Wilna.

Piłsudski preferował jasne sytuacje – dla dobra położenia Polski. Gdy dopadł Voldemarasa na posiedzeniu w Genewie, rzucił mu po francusku twarde i jednoznaczne pytanie: „Czego pan chce, pokoju czy wojny?”. Świadkowie zamilkli w oczekiwaniu na odpowiedź. Premier małego państwa został przyciśnięty do muru i wykrztusił z siebie jedno słowo: „Pokoju”. Liga Narodów uznała, że sprawa granicy polsko-litewskiej została wyjaśniona.

Żadne wykręty dyplomatów nie pomagały, żadne gospodarcze naciski – Piłsudski wiedział, że gdy w grę wchodzą interesy i nienawiść, to połowiczne rozwiązania tylko rozjątrzą sprawę. Czyż nie przypomina to dzisiejszych napięć na linii Polska–Izrael?

Zaczyna się polityka

Nie ma co się oszukiwać – reakcja światowych mediów na ustawę o IPN-ie zaskoczyła instytucje państwa polskiego. Nie może być tak, że jedni reagują miękko, inni twardo, a jeszcze inni nie wiedzą, co robić. Jednak ten początkowy szok okazał się skuteczną lekcją dla naszych elit. Dobry nauczyciel wie, że ciężki sprawdzian bywa czasem najlepszą nauką.

Ministrów i dyplomatów dotknęła tak wielka fala międzynarodowej krytyki, że przy następnej newralgicznej sprawie zażądają raportów o konkretnych okolicznościach (kto będzie przeciw, kto będzie blokował), przygotują wyjaśnienia dla zagranicznych mediów, a orędzia premiera będą od razu fachowo przetłumaczone – tym razem YouTube automatycznie przetłumaczył na angielski słowa Mateusza Morawieckiego, z których miałoby wynikać, że obozy śmierci były jednak polskie.

Zagrzewa nas do boju inny fakt – teraz naprawdę skończyła się polityka poklepywania po ramieniu, przychylania się do wszystkich propozycji silniejszych partnerów. Udało się wywołać do odpowiedzi niemieckiego ministra spraw zagranicznych Sigmara Gabriela, który powiedział wprost: „Nie ma najmniejszej wątpliwości, kto ponosi winę za obozy zagłady, kto nimi zarządzał i mordował w nich miliony europejskich Żydów, a mianowicie Niemcy”. Choć polska skuteczność powinna być tu większa, to jednak wyciągnięcie od szefa dyplomacji najsilniejszego państwa w Europie tak jednoznacznej deklaracji jest sygnałem, że możemy wygrać tę batalię.

Głowa w piasek?

Prezydent RP jest głową państwa, naczelnikiem sił zbrojnych de facto bywa tylko w sytuacji zagrożenia wojennego, natomiast twarzą Rzeczypospolitej jest cały czas



zawartość zablokowana

Autor: Adam Nowowiejski


Pozostało 51% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się