Szkodliwy mechanizm podkradania inwestycji

numer 1946 - 08.02.2018Publicystyka

Specjalne strefy ekonomiczne pogłębiają podział na Polskę A i B, wprowadzają nierówne zasady dla firm działających w naszym kraju oraz uszczuplają wpływy podatkowe samorządów i państwa. Tymczasem dowodów na to, że bez SSE inwestycje by się nie pojawiły, jak nie było, tak nie ma.

W ub.r. Zawiercie stało się jednym z miast, które ma specjalną strefę ekonomiczną. To znaczy formalnie nie istnieje zawierciańska SSE, gdyż na papierze w Polsce ustanowiono jedynie 14 takich stref. Jak to w naszym kraju często bywa, „formalnie” oznacza „czysto teoretycznie”. Zawiercie stworzyło więc strefę aktywności gospodarczej, która została podstrefą katowickiej SSE. Warto wiedzieć, że Zawiercie wcale nie graniczy z Katowicami – leży jakieś 50 km dalej, już niemal w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej.

Szczecin koło Mielca

Tak się dzieje od lat w całym kraju – tak jakby władze samorządowe i centralne nieustannie puszczały do siebie oko. Co prawda ustanowiliśmy tylko 14 SSE, ale przecież nic nie stoi na przeszkodzie, żebyście mieli taką również u siebie w gminie. W końcu na pewno znajdzie się jakaś SSE, która was przygarnie jako podstrefę. Skoro w ramach jednej mieleckiej SSE mogą działać podstrefy zarówno w Szczecinie, jak i Częstochowie, to naprawdę dla chcącego nic trudnego. W ten sposób strefami objęto niemal wszystkie polskie miasta liczące ponad 100 tys. mieszkańców, a tych jest w kraju prawie 40.

Jak takie podstrefy działają w praktyce? Znów doskonałym przykładem są Zawiercie i inwestycje na terenie SAG‑u. Jedną z nich opisał krótko na portalu społecznościowym Remigiusz Okraska z „Nowego Obywatela”. W zamian za ulgi podatkowe firma przeniesie się do Zawiercia z jeszcze biedniejszej gminy i utworzy tu 13 miejsc pracy. Problem w tym, że w miejscu swojej starej siedziby zatrudnia już 10 osób. Możemy przypuszczać, że właściciele przedsiębiorstwa, którzy zdecydowali się przenieść je o kilkanaście (sic!) kilometrów, mieli tyle środków, by stworzyć dodatkowe trzy miejsca pracy w starej siedzibie, bez przenoszenia interesu. A to i tak podobno nie jest rekord – jedna z wcześniejszych inwestycji polegała na przeniesieniu siedziby o 3 km. Powyższa historia skupia jak w soczewce problemy z SSE w Polsce – przenoszenie zakładów zamiast tworzenia nowych, utrata miejsc pracy przez uboższe gminy oraz drenowanie finansów publicznych przyznawanymi ulgami podatkowymi.

Miasteczko Wrocław

Specjalne strefy ekonomiczne powstały w Polsce jako sposób na uratowanie regionów, które szczególnie dotknęły dezindustrializacja oraz efekty terapii szokowej. Ich twórcy wyszli z założenia, że słabsze i peryferyjne regiony powinny móc przyciągać do siebie inwestycje przez obniżanie podatków i zwiększanie swojej atrakcyjności dla inwestorów w inny sposób. Problem w tym, że zgodnie z żelazną zasadą „wyścigu do dna” przyciągać inwestorów obniżkami podatków zechciały również miasta, którym żadna katastrofa gospodarcza nie groziła. Nie trzeba było mieć doktoratu z ekonomii, by przewidzieć, że utworzenie lokalnych rajów podatkowych szybko spowoduje rozprzestrzenianie się ich na cały kraj. W ten sposób swoje strefy lub podstrefy utworzyły takie wykluczone i prowincjonalne miasteczka, jak Kraków, Gdańsk, Wrocław czy Gdynia. Jak się można było spodziewać, inwestorzy zamiast masowo lokować swoje inwestycje w Brodnicy, Rypinie czy Wałczu, woleli jednak skorzystać z podobnych zasad funkcjonujących w Krakowie czy we Wrocławiu. SSE zawitała nawet do bogatego Bełchatowa czy Jastrzębia-Zdroju, które mają już na swoim terenie wielkie spółki skarbu państwa



zawartość zablokowana

Autor: Piotr Wójcik


Pozostało 50% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się