Afera szczepionkowa. Wizerunkowy blamaż służby zdrowia

numer 1948 - 10.02.2018Publicystyka

W Polsce nie istnieje prawidłowa komunikacja społeczna i sensowna debata publiczna dotycząca polityki zdrowotnej. Instytucje publiczne, ale także środowiska lekarskie, nie radzą sobie z opinią publiczną, gdy narasta medialny szum. Tzw. afera szczepionkowa jest tego najlepszym przykładem.

Setki pacjentów dostały wadliwą szczepionkę. Lekarze wiedzieli, że wstrzykują niepełnowartościowy produkt” – z takim przekazem poniedziałkowy „Dziennik Gazeta Prawna” błyskawicznie przebił się do czołówki newsów. Kontrola sprzętu chłodniczego w aptekach i przychodniach wykazała, że tysiące szczepionek należy poddać utylizacji, gdyż nie były przechowywane w odpowiednich warunkach. Z dużym prawdopodobieństwem lekarze podawali pacjentom szczepionki narażone na zbyt wysokie temperatury, choć mieli świadomość błędów w ich przechowywaniu. Wśród kilkuset osób zaszczepionych w ten sposób mają się znajdować również noworodki. Mowa o szczepionkach m.in. przeciwko wirusowemu zapaleniu wątroby typu B, pneumokokom, tężcowi, wściekliźnie i ospie wietrznej.

Chciwość czy głupota?

Temat błyskawicznie podchwyciły inne media, łącznie ze społecznościowymi. Nic dziwnego, że artykuł wzbudził poważne zaniepokojenie rodziców i pacjentów – ich obaw nigdy nie należy lekceważyć. Choć głęboko zasmuca, że coraz liczniejsi zwolennicy antyszczepionkowych teorii i praktyk też przy okazji dostali do ręki nie tyle amunicję, ile fabrykę broni. Ministerstwo próbowało gasić pożar, ale średnio dało sobie z tym radę.

Niespójność linii obrony – to największe błędy komunikacyjne Ministerstwa Zdrowia i podległych mu instytucji zdaniem Małgorzaty Soleckiej, dziennikarki z olbrzymim doświadczeniem w opisywaniu służby zdrowia. W jej opinii o fatalnym odbiorze sprawy przesądziła decyzja ministra Zbigniewa Ziobry, który polecił, aby sprawą szczepionek zajęli się prokuratorzy na najwyższym szczeblu. Ale gdyby nie zdecydowane kroki po stronie rządowej, szybko pojawiłyby się oskarżenia, że władza lekceważy problemy pacjentów. Przekaz pod tytułem „PiS pozwala, by uszkodzone szczepionki narażały na szwank zdrowie i życie noworodków” byłby w obecnej atmosferze politycznej tylko kwestią jednego tweeta i setek tysięcy jego udostępnień w przeróżnych formach. Z tej sytuacji nie było łatwego wyjścia.

Ministerstwo Zdrowia zapewnia, że pacjenci są bezpieczni i nikogo nie narażono na ryzyko wystąpienia niepożądanych działań szczepionek. Problem jednak polega na tym, że dwukrotnie poważnie nadszarpnięto zaufanie pacjentów. Po pierwsze: gdy podawano szczepionki mimo przerwania łańcucha chłodniczego. Po drugie: gdy mimo decyzji inspektorów farmaceutycznych szczepionki nie trafiły do utylizacji. „Właścicielom gabinetów i przychodni szczególnie trudno będzie się wybronić w tym drugim przypadku” – stwierdza Małgorzata Solska. I trudno jej zaprzeczyć. Dobrze widać, że chodziło przede wszystkim o pieniądze: zlekceważono nakaz inspektorów farmaceutycznych – żeby „towar się nie zmarnował”. Mało to pocieszające, bo za błędy dość nielicznej grupy osób zapłaci cała publiczna ochrona zdrowia, która i tak nie ma już najwyższych notowań.

Jak gasić ten pożar?

Na tym nie koniec problemów. „Nie wiemy, czy szczepienia z użyciem przeznaczonych do wycofania szczepionek było skuteczne i czy należy je powtórzyć. Ten problem nie został właściwie naświetlony i wciąż buzuje w mediach społecznościowych” – mówi „Codziennej” Ewa Borek z Fundacji MY Pacjenci



zawartość zablokowana

Autor: Krzysztof Wołodźko


Pozostało 50% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się