Każdy głos na miarę przyszłości Europy i Polski

WYBORY EUROPEJSKIE \ Sześć powodów, dla których trzeba zagłosować w najbliższą niedzielę

numer 2331 - 20.05.2019Publicystyka

Jeszcze nigdy wybory do Parlamentu Europejskiego nie były tak ważne jak w 2019 r. Po raz pierwszy bowiem nie wiadomo, kto je wygra. Czy zwolennicy Europy Ojczyzn, Europy Narodów, szacunku dla tradycji i wartości, które były fundamentem Starego Kontynentu, czy też euroentuzjaści, którzy uważają, że historia Europy zaczęła się po II wojnie światowej?

To pewne uproszczenie, bo w obozie eurorealistów czy eurosceptyków jest też, wbrew pozorom, część ludzi lewicy. Tak samo w obozie euroentuzjastycznego postępu jest jakaś część szczerych chrześcijańskich demokratów niechcących dostrzegać, że obecna Unia niewiele ma wspólnego z Europejską Wspólnotą Węgla i Stali oraz EWG Roberta Schumana i Alcide de Gasperi.

Dwie wizje przyszłej Europy: wyborczy test

Polityczny kształt parlamentu w Brukseli i Strasburgu zależy od tych wyborów jak nigdy przedtem, jak nigdy w 40-letniej historii bezpośrednich wyborów do europarlamentu (pierwsze wybory powszechne do PE odbyły się w 1979 r. – wcześniej parlamenty narodowe delegowały tam po prostu przedstawicieli poszczególnych państw). Zatem to jest powód numer 1, dla którego warto pójść i 26 maja oddać głos. Realizacja wizji „Europy Ojczyzn” zależy w niemałej mierze właśnie od naszego głosu, Polaków.

Poza tym trzeba pójść i zagłosować, bo już o trzech czwartych polskiego ustawodawstwa – podobnie jak legislacji francuskiej, niemieckiej, czeskiej, duńskiej itd. – w praktyce decyduje się w Strasburgu i Brukseli. Dopiero potem jest ono implementowane do prawa krajowego państw członkowskich UE. Skoro tak, to czy nie warto mieć wpływu na to, jacy przedstawiciele będą decydowali o kształcie europejskiego, a de facto w 75 proc. polskiego, prawa? To powód numer 2.

Ostatni budżet dla Polski „na plus”

Kolejnym powodem, który zobowiązuje nas do udziału w wyborach za sześć dni, jest fakt, że właśnie ten najbliższy europarlament, który ukonstytuuje się 2 lipca 2019 r., będzie w istotny sposób współdecydował o kształcie unijnego budżetu siedmioletniego na lata 2021–2027. Można postawić pytanie: no i co z tego? Przecież współdecydował również o budżetach na lata 2014–2020 i 2007–2013, kiedy byliśmy już członkiem Unii Europejskiej? Teraz jednak sytuacja jest wyjątkowa. Parlament Europejski wybierany począwszy od tego czwartku – wówczas wybory odbędą się na terenie Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej (tradycyjnie w tym kraju każde wybory, także do House of Commons, odbywają się właśnie w czwartki) – aż po niedzielę będzie tym, od którego zależy ostatnia „siedmioletnia perspektywa finansowa UE”. Ostatnia, w której Polska będzie „na plusie”. Mówiąc precyzyjnie: budżet Unii 2021–2027 będzie ostatnim, w którym Polska wciąż więcej pieniędzy otrzyma z kasy w Brukseli, niż do niej wpłaci w formie składki członkowskiej. Składki, która zresztą właśnie systematycznie rośnie (teraz wynosi 3,5 mld euro). Zatem wpływ wyborców na kształt polskiej delegacji, która będzie walczyć o korzystny dla Rzeczypospolitej unijny budżet, to powód numer 3, żeby za sześć dni przywitać się z wyborczą urną.

Europarlament: obrońca zdrowego rozsądku czy lewicowo-liberalnej ideologii?

Wreszcie kwestia niezwiązana z gospodarką, choć z polityką jednak tak, bo jak pisał niemiecki pisarz Tomasz Mann: „Nie ma nie-polityki. Wszystko jest polityką”. Chodzi o kwestie wartości i sferę moralno-obyczajową



zawartość zablokowana

Autor: Ryszard Czarnecki


Pozostało 50% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się




















-->