Maciek fantastyczny

in MEMORIAM \ Wspomnienie o Macieju Parowskim

numer 2347 - 07.06.2019Kultura

Maj to był czy czerwiec? Jeszcze kilka dni temu w szpitalu, gdzie Maciek Parowski walczył ze śmiertelną chorobą, spieraliśmy się o tę historyczną datę, a teraz spór nie ma już znaczenia. Wszechmogący uznał, że Maciek dość się już natrudził opisywaniem oraz próbami naprawy najlepszego z istniejących światów i pora skierować go ku wyższym, ważniejszym celom.

Tak więc nigdy nie ustalimy, kiedy dokładnie przekroczyłem drzwi redakcji Tygodnika Studenckiego „Politechnik” i z pewną nieśmiałością wręczyłem starszemu ode mnie o parę lat facetowi swoje pierwsze felietonowe wypociny. Jegomość ów coś w nich chyba dostrzegł, bo nie wyrzucił do kosza, tylko od razu skierował do druku. W drukarni przy ulicy Nowogrodzkiej, gdzie w oparach ołowiu wykluwały się rozmaite gazety, a teraz mieści się kwatera główna Prawa i Sprawiedliwości.

A było to 44 lata temu.

Zapamiętaliśmy się nieco inaczej. Ja jego jako dystyngowanego, choć może zbyt żywiołowego w swoich reakcjach dżentelmena z cygarem, które – jak to opisują w przewodnikach po wyższych sferach – jest nieodłącznym atrybutem osoby ważnej, a więc – w tym przypadku – sekretarza redakcji. On mnie jako młodziaka z tej samej polibudy co on, który rzuci precz mrzonki o budowaniu szklanych domów i zajmie się tym, co istotne. Czyli pisaniem.

A talent do wyszukiwania ludzi pióra Maciejka, jak go zwaliśmy, miał niezwykły. Tak w branży dziennikarskiej, jak i literackiej. Przez wiele lat był naczelnym miesięcznika „Fantastyka”, a tam ukazywała się najbardziej wartościowa proza polska lat 80. i 90. Nie preferowane przez komunę i postkomunę pustosłowie, żadne tam jałowe eksperymenty i bredzenie o niczym. Konkret, szacunek dla wartości i dobra polszczyzna. Owszem, fantastyka to była i jest Kosmos, odległe planety, zielone ludziki, smoki i herosi z mieczami. A więc czysta rozrywka. Jest jednak i inna fantastyka: political fiction spod znaku Orwella, Philipa K. Dicka, Vonneguta, a na naszym podwórku – Lema i Zajdla. Maciek takie rzeczy skutecznie promował i sam też pisał. Jego powieść „Burza” opowiada o Europie, która po odparciu przez Polskę hitlerowskiego najazdu ocala swoją tożsamość. Największe umysły obróconego w popiół świata ożywają i w wyimaginowanej przez Maćka rzeczywistości toczą erudycyjne dysputy o polityce, sztuce, literaturze.

Jak myślę o Maćku, to przed oczami stają mi Grydzewski i Giedroyć. Dwaj giganci polskiej kultury. Maciek też z tej półki. Redaktor i wydawca.

Jako naczelny był Maciek pryncypialny, ale nie na tyle, by się zaperzać, że tylko on ma rację. Trafiający pod jego skrzydła początkujący dziennikarze byli raczej spolegliwi. Rozumieliśmy, że z Maćka żaden cenzor, który chce zniszczyć nasze arcydzieła. Że jak powie, że tu trzeba coś skrócić, to trzeba. A jak powie, że tu trzeba tekst zrobić bardziej drapieżnym, to też ma rację. I jak zaznaczy, że ten przymiotnik jest zbędny, a inny warto zastąpić ładniejszym, mniej pospolitym, to Maciek – stary dziennikarski wyga – znowu ma rację.

Gorzej było z młodymi Gombrowiczami. Przekonani o sile swojego talentu, to jego obarczali winą, że nikt ich nie chce czytać ani kupować. Więc jak na młode wilki przystało, zajadle go kąsali po łydkach. Ile się biedny Maciek nasłuchał, że jest krwiożerczym dyktatorem, który przeinacza, poprawia na gorsze, nie chce drukować! Zamiast całować go po rękach, że traci czas i nerwy, usiłując przywrócić polszczyźnie ich niezborne słowa, obgadywali go i wgryzali się w ­nogawki.

Maciek wszystko w sobie dusił, nie dawał poznać, że jest mu przykro, choć polemistą potrafił być ostrym. Nie cierpiał literackiej hochsztaplerki.

Zapamiętuję Maćka jako człowieka, który wiele mnie nauczył. Który dedykował mi książkę słowami: „Mojemu uczniowi, mojemu mistrzowi”. Ten „mistrz” to żartobliwa aluzja do faktu, że to ja jeszcze przed karnawałem Solidarności wprowadzałem go w świat antykomunistycznej ­opozycji.

Zapamiętuję Maćka jako człowieka dobrego i uśmiechniętego. Taki już był. Zbyt dobry dla ludzi.

 

 

Pogrzeb Macieja Parowskiego

odbędzie się we wtorek, 11 czerwca,

na cmentarzu Bródnowskim w Warszawie.

Rozpocznie się o godz. 12.30 mszą świętą w kościele

pw. Matki Boskiej Częstochowskiej (kościół murowany)

przy ul. św. Wincentego 81.
Autor: Mirosław Kowalski













#DziękujeMyZaOdwagę
reklama