Przybyliśmy do kraju Jana Pawła II

WYWIAD \ Z CARYM SOLOMONEM i CHUCKIEM KONZELMANEM, reżyserami i scenarzystami filmu „Nieplanowane”, rozmawia SYLWIA KOŁODYŃSKA

numer 2487 - 20.11.2019Publicystyka

Każdego dnia słyszymy o kobietach w ciąży rozważających aborcję, które po obejrzeniu filmu „Nieplanowane” wybrały życie dla swoich dzieci. To, na co tak naprawdę nie byliśmy przygotowani, to ogromna fala „opowieści o nawróceniu”. Jak się okazuje, nasz film może stanowić terapię zarówno dla kobiet po utracie dziecka, jak i dla mężczyzn.

Spodziewali się Panowie, że film „Nieplanowane” będzie bojkotowany w Polsce? W katolickim kraju?

Niechęci spodziewamy się wszędzie i dotyczy to niestety również kręgów katolickich. Na przykład Irlandia ma silną tradycję katolicką, a nasz film spotkał się tam z dużym oporem. To samo dotyczy Meksyku. Na szczęście doczekaliśmy się premier filmu w tych miejscach. A teraz przybyliśmy do kraju Jana Pawła II. Jeden z recenzentów umieścił nas na szczycie rankingu „najniebezpieczniejsze filmy XXI w.”.

Jak widać, niektórzy boją się Panów produkcji. W Polsce feministki i środowiska lewicowe przytaczają badania American College of Obstetricians and Gynecologists, według których płód nie ma zdolności fizjologicznej do odczuwania bólu do co najmniej 24. tygodnia ciąży. W Państwa filmie 13-tygodniowy płód „ucieka” przed narzędziem, które ma go wessać. Jak Panowie to skomentują?

Z całym szacunkiem do wspomnianej instytucji… Doktor Levatino [lekarz, który dokonywał aborcji, a potem zrezygnował z tego zajęcia; w filmie zagrał siebie samego z czasów, gdy był aborterem – przyp. red.], który jest amerykańskim ginekologiem-położnikiem z 40-letnim stażem, nie zgadza się ze wspomnianymi badaniami. Zeznawał też w tej sprawie przed Kongresem Stanów Zjednoczonych. Niestety, ukrywa się fakt, że lekarze cytowani przez zwolenników aborcji... praktykują aborcję. Podkreśla się ich stopień naukowy, ale pomija się informacje na temat tego, czym się zajmują w gabinetach. Osobiście nie mamy kłopotu z uwierzeniem w to, że 13-tygodniowy płód, który przecież mimo swoich niewielkich rozmiarów „wygląda już jak osoba”, zareagowałby szarpnięciami nóg na wprowadzenie cewnika ssącego do swojej „życiowej przestrzeni”. Wspomniany instrument to krystalicznie czysta, akrylowa rurka o grubości ludzkiego kciuka. Jest zakończony ostrym dłutem. Nawet przy niewielkim nacisku przetnie do krwi dłoń dorosłego człowieka. Gdyby to narzędzie używane było do walk ulicznych, uznane by było za śmiertelną broń. Nie chodzi tylko o to, że bohaterka naszego filmu, dyrektor kliniki aborcyjnej Abby Johnson, dostrzegła cierpienie płodu. Chodzi o to, że dostrzegła człowieczeństwo maleńkiego dziecka. A przez 10 lat była szkolona, że dziecko to skupisko komórek, niczym polip. Niewiele więcej niż guz.

Przeciwnicy filmu powołują się też na badania, które mówią, że aborcja jest nawet… bezpieczniejsza od porodu. Z tym argumentem nigdy wcześniej się nie spotkałam…

Szkoda, że te osoby nie wspominają o uszkodzeniach macicy, zwiększonym ryzyku raka piersi w późniejszych latach u kobiet, które dokonały aborcji, i kłopotach, a czasem niemożności zajścia w ciążę po zabiegu aborcyjnym. Szkoda, że nie mówią o poranionej psychice, cierpieniu przez kolejne lata i dekady. Znajoma psycholog powiedziała nam, że wśród jej dorosłych pacjentek, stosujących leki przeciwdepresyjne, 100 proc. miało doświadczenia utraty dziecka. To daje do myślenia.

Aborcja wyświetlona na monitorze USG to najmocniejsza scena morderstwa, jaką widziałam w kinie. Jak Panowie wspominają filmową pracę nad nią?

Tego dnia mieliśmy w planie 12 godzin zdjęciowych. Sześć godzin pracy, pół godziny na lunch, a potem jeszcze sześć godzin pracy. Poranek był bardzo pracowity i nie było chwili na zastanowienie się nad tą sceną, dopóki nie weszliśmy do gabinetu chirurgicznego. Dr Levatino wszedł w fartuchu i rękawicach, rozejrzał się po gabinecie i pochwalił atmosferę autentyczności. Następnie usiadł przy stołku chirurgicznym i poprosił o tacę z narzędziami, dokładnie w taki sposób, jak robił to wcześniej, dokonując aborcji naprawdę. I ruszyły kamery. To było bardzo intensywne doświadczenie. Na planie była też żona dr. Levatino. Doktor podczas pierwszych ujęć czuł się niekomfortowo. Od wielu lat nie dokonywał aborcji, a teraz musiał symulować to działanie tak, by było jak najbardziej realne… Jego żona szepnęła do nas: „On nie chce wracać do tych chwil i do tego stanu umysłu”. To był trudny moment, ale po kilku ujęciach doktor odzyskał rutynę i wszystko poszło, jak miało pójść.

Wiemy, że w USA wiele stacji telewizyjnych odmówiło emisji reklam filmu. Twitter czasowo zawiesił oficjalne konto produkcji. W Kanadzie wiele kin zrezygnowało z wyświetlania filmu. Jakie jeszcze kłopoty napotkali Panowie w Ameryce?

Google, podczas weekendu premiery, oznaczyło materiały o filmie jako „propagandę”, więc każdy, kto chciał sprawdzić w internecie godziny seansu naszego filmu, widział etykietę „propaganda”. Jak Pani wspomniała, Twitter zawiesił nasze konto. Google nie akceptuje naszych reklam. Podobnie sieci kablowe i stacje radiowe. Większość znanych dziennikarzy nas odrzuciła.

Jak Panów zdaniem musiałby wyglądać film o aborcji, by był „zaakceptowany” przez jej zwolenników?

Cóż, zwolennicy aborcji robią zupełnie inne filmy, przedstawiające pionierów aborcji jako świętych. Porozmawiajmy o propagandzie organizacji Planned Parenthood. W rzeczywistości mają oni stałego, płatnego przedstawiciela w Hollywood. Jest nim Caren Spruch, dyrektor sztuki i rozrywki przy Planned Parenthood. Jej jedynym celem jest zmienianie filmów i produkcji telewizyjnych w proaborcyjne, wolne od poczucia winy opowieści o... moralności. Spruch chwali się swoim wpływem na kształt ponad stu filmów fabularnych i seriali telewizyjnych. Dla nas to najwyższa forma „służby propagandzie”, o jakiej kiedykolwiek słyszeliśmy w tej branży. I szaleństwem jest to, że przyznaje się do takiej działalności publicznie. Zapewniamy, że nikt po stronie pro-life tak się nie zachowuje. Ale jedną z cech propagandy jest właśnie oskarżanie przeciwników o złe zachowanie.

Dowiedziałam się, że są Panowie zasypywani listami od widzów, którzy doznali „nawrócenia”. Co to znaczy?

Odzew jest ogromny. Każdego dnia słyszymy o kobietach w ciąży rozważających aborcję, które po obejrzeniu filmu „Nieplanowane” wybrały życie dla swoich dzieci. To, na co tak naprawdę nie byliśmy przygotowani, to ogromna fala „opowieści o nawróceniu”. Jak się okazuje, film może stanowić terapię zarówno dla kobiet po utracie dziecka, jak i dla mężczyzn. Społeczeństwo mówi im, że nie powinni czuć się winni. Często trzymają te doświadczenia w tajemnicy przed przyjaciółmi, rodziną, a nawet małżonkami. Film tymczasem pozwala im się smucić, a tak naprawdę dopiero uznanie tego smutku przez samego siebie jest drogą do przebaczenia i uzdrowienia. Film nie potępia nikogo, kto cierpi z powodu aborcji. Całkowicie takie osoby wspiera. Wspiera nawet pracowników tkwiących w aborcyjnej branży.

Wiemy, że już po pierwszym weekendzie wyświetlania filmu „Nieplanowane” w USA produkcja zarobiła 6,5 mln dol. Jakie jest marzenie twórców filmu? Na jakim efekcie najbardziej Panom zależy?

Chcielibyśmy, aby wszyscy przed podjęciem decyzji o aborcji obejrzeli ten film. Niektóre osoby pójdą drogą „wyboru”, ale wielu widzów zrozumie, że aborcja w rzeczywistości prowadzi do śmierci małego człowieka. Jak zauważyła Abby Johnson, „aborcja istnieje tylko dlatego, że odbywa się w tajemnicy”. Naszym zadaniem jest pomóc w obnażeniu tego sekretu.

 Wywiad ukazał się w tygodniku

„Gazeta Polska” numer 46 (1370)/2019

 













#DziękujeMyZaOdwagę
reklama