Diabeł lubi bałkańską sambę

​Rogate Love Story \ „Urfaust” w weimarskim Teatrze Narodowym

numer 2488 - 21.11.2019Kultura

Kobieta w roli Mefistofelesa, neurotyczny Faust w zakrwawionym kitlu i akcja przeniesiona gdzieś w rejony śródziemnomorskie. Do tego bałkańskie rytmy à la Emir Kusturica, korowód transwestytów tańczących sambę nad dyskotekowo wystylizowaną Małgorzatą i teatralne deski przysypane warstwą ziemi. „Urfaust” w reżyserii Thomasa Wellemeyera, wystawiany od początku października w Nationaltheater Weimar, to spektakl, który trafia i do pokolenia Merkel, i do dzieci Instagrama.

I jest jeszcze coś. Atmosfera miejsca. Weimar to Johann Wolfgang von Goethe, Goethe to „Faust”. Stary, metafizyczny „Faust” starego Goethego. Z „Urfaustem” jest inaczej. Jest jak zapis młodości, tu nie o zakład Boga z Szatanem idzie i nie o głód wiedzy, lecz o miłość. Zaprogramowaną na nieszczęście, czerpiącą jeszcze nie z doświadczeń, lecz z obserwacji samego Goethego. Sądowych obserwacji. „Urfaust” to historia z katem w tle.

Zanim napisał o diable

„Urfaust”, czyli pierwotna wersja „Fausta”, uważanego za najbardziej niemiecki z niemieckich dramatów i jedynego godnego konkurenta dzieł Szekspirowskich, powstał w latach 1772–1775, w tym samym czasie co „Cierpienia młodego Wertera”. Goethe był przyjmowany za Wertera z podobną histerią, z jaką dziś fetuje się młodych celebrytów. Nieszczęśliwa miłość dobrze się sprzedawała. Żniwo małej książeczki było zabójcze. Ofiary zawodów miłosnych sięgały śladem Wertera po rozwiązania ostateczne. Przerażone falą postwerterowskich samobójstw władze postanowiły działać. W 1775 r. radni Lipska zakazali rozpowszechniania książki, zakaz zniesiono pół wieku później, jeszcze za życia autora zamieszania. Fani Wertera demonstracyjnie nosili niebieskie fraki i żółte kamizelki (poza Lipskiem oczywiście, gdzie sporządzono również listę werterowskich ubrań zakazanych), a szał na Weltschmerz przybierał kształt o wiele bardziej destrukcyjny niż dzisiejsze instagramowe fantazje na temat Joaquina Phoenixa vel Jokera tańczącego na schodach Gotham City.

Sam Goethe też nieźle rozrabiał i nie chodzi bynajmniej o liczne romanse przenoszone później na karty kolejnych dzieł, lecz o pierwsze lata na dworze weimarskim, gdzie wsławił się m.in. mocno zakrapianymi hulankami. Już wcześniej zresztą we Frankfurcie nad Menem, zanim zaczął się piąć po szczeblach urzędniczej kariery na dworze księcia Saksonii-Weimar-Eisenah, miał Goethe opinię nieznośnego. Johann Gottfried Herder nazywał go nawet „młodym rozzuchwalonym lordem na okropnie szurających nogach”. A później, wraz z pędzącą karierą, przyszła proza życia, z jednej strony pokaźne dochody, zaszczyty, nadanie szlachectwa, włączenie w skład Tajnej Rady Księstwa i piękny dom przy Frauenplan, z drugiej narastająca frustracja związana z zastojem twórczym. Geniusze też wpadają w czarne dziury.

Gretchen czeka na śmierć

Był więc Weimar dla Goethego drogą do gwiazd i klatką, z której wymykał się pod byle pretekstem, by naładować baterie. Zanim jednak zaczęły się one wyczerpywać, był „Urfaust”. I 22-letni Goethe terminujący we Frankfurcie jako adwokat. To tam narodziła się idea nowego „Fausta”. I Małgosia (Gretchen), nieszczęsna ukochana doktora. Małgosia istniała naprawdę. W prawdziwym świecie nazywała się Zuzanna Małgorzata Brandt. Była sierotą, posługiwała w gospodzie „Pod jednorożcem”, przygarnięta litościwie przez niejaką wdowę Braun. Jak wiemy ze źródeł, w gospodzie Zuzanna Małgorzata poznała w 1771 r. pewnego pomocnika mistrza złotnictwa, który podróżował z Holandii do Rosji. Dziewczyna spędziła z nim noc. Później podczas procesu opowiadała, że przybysz uwiódł ją i omotał, dosypując do wina jakiś proszek, tak iż „poczuła taką słabość, że nie mogła się oprzeć, jakby sam diabeł zadziałał”. Jej złotnik kilka dni po diabelskiej nocy udał się w dalszą podróż, nie znała ani jego imienia, ani miejsca zamieszkania. Zostawił jej jednak pamiątkę. Brandt ukrywała przed siostrami i chlebodawczynią swój stan. Kiedy zorientowano się, że panna może się spodziewać dziecka, wysłano ją do lekarza, ten jednak ciąży nie stwierdził, tylko na wszelkie dolegliwości zalecił picie naparów ziołowych. Kiedy była w siódmym miesiącu ciąży, kolejny lekarz zbadał Zuzannę Małgorzatę, ale i on nic nie zauważył, mimo że w tamtym czasie surowa kara groziła również za ukrywanie stanu błogosławionego. Wdowa Braun, widząc, co się dzieje, zagroziła dziewczynie denuncjacją. Zuzanna Małgorzata jednak milczała. Bóle zaczęły się miesiąc później. W pralni. Źródła wskazują, że poród był przedwczesny, a dziecko mogło przyjść na świat martwe. Brandt w szoku miała jednak chwycić noworodka za gardło, co zdaniem oskarżyciela było faktyczną przyczyną śmierci chłopca. Na jej niekorzyść przemawiało to, że malec miał podrapaną twarz i ślady duszenia. Po wszystkim kobieta zakopała ciało noworodka za domem i uciekła do Moguncji. Następnego dnia wyczerpana i zrezygnowana wróciła do Frankfurtu, została pojmana przez straże i odstawiona do więzienia, a stamtąd do szpitala. Pięć dni później pokazano jej zwłoki dziecka, Brandt krzyknęła: „Panie Jezu, to moje dziecko, to ja podniosłam na nie rękę!”. 7 stycznia 1772 r. zapadł wyrok: kara śmierci przez ścięcie mieczem. Egzekucję wykonano tydzień później.

Po pannie Brandt zostało 335 stron akt sądowych we frankfurckim archiwum i historia Małgorzaty przeniesiona przez młodego Johanna Wolfganga Goethego na karty „Urfausta”. Goethe miał wiele możliwości, by śledzić proces dzieciobójczyni. Sekretarz sądowy Johann Heinrich Thym był nauczycielem Goethego i jego siostry, lekarze, którzy badali w szpitalu pannę Brandt, byli lekarzami domowymi rodziny Goethe. Młody adwokat z zacięciem literackim otrzymał ponadto kopie akt procesowych.

Margot, nie leć do ognia

Historia panny Brandt musiała wywrzeć na nim spore wrażenie, skoro uczynił z niej centralny motyw „Urfausta”. Przyjmuje się, że napisana prozą scena w więzieniu, najstarsza część dramatu, powstała tuż po egzekucji frankfurckiej Zuzanny Małgorzaty. Cała atmosfera „Urfausta” skłania do uczucia litości dla nieszczęsnej nastolatki (w dramacie Małgorzata ma 14 lat) uwiedzionej przez starszego mężczyznę. Naiwnej, prostej dziewczyny, która niczym ćma leci wprost w płomień świecy. Faust jest jej kochankiem, nadzieją, całym światem, zagładą. Mefisto ułatwia potajemne schadzki, podsuwa kosztowne prezenty, wygładza teren pod tę miłość okazującą się miłością jednostronną i destrukcyjną. Faust pożąda i dobrze się bawi, kiedy robi się za gorąco, ucieka. Małgorzata zostaje sama, z hańbą, z krwią matki na rękach, ze świadomością odrzucenia społecznego, w końcu – z ciałem martwego dziecka. Ich dziecka. Scena w więzieniu kończąca dramat jest jedną z najmocniejszych w niemieckiej literaturze. Krew plami nie tylko ręce Małgorzaty dzieciobójczyni, lecz także jej kochanka, Henryka Fausta, który przypomniawszy sobie o dziewczynie, wpadł po nią do więzienia. Jak po kawę w drodze do korpo. I tak to właśnie wygląda na deskach Weimarer Nationaltheater. Grająca rolę Małgorzaty Rosa Falkenhagen ma w sobie naiwność dziecka i rozpacz porzuconej kobiety. W pierwszych scenach posłuszna, nobliwa, zapięta pod szyję, rozmodlona, w kolejnych już z rozwianym włosem, w minisukience świecącej blaskiem cekinów, skazana na potępienie, składająca w błagalnym geście ręce przed figurką Madonny. Jakie to proste. Jeszcze chwilę temu była święta i śpiewała (po hiszpańsku!) w swej izdebce balladę o wierności króla Thule, a teraz grzęźnie w ziemi i prochu, odarta z godności. W uszach pobrzmiewają jej słowa Elżbietki, te o Basi, która „doigrała się nareszcie (…). Oto jedząc, dwoje żywi”. I słowa umierającego brata Walentego: „Zaczęłaś dzisiaj z jednym pokątnie, Wkrótce ci drugi głowę zaprzątnie, A gdy się oddasz naprzód dwunastu, Oddasz się potem całemu miastu”.

Za chwilę zleci się tłum, by wytknąć ją palcami, i tak jak grzeszna Basia będzie „w kruchcie śpiewać gorzkie żale”. Nie będzie śpiewu. Będzie dziecko. I zbrodnia. Fausta nie ma. Odleciał z Mefistem w Góry Harzu, szaleje z wiedźmami. Korzysta z życia. Wpadnie jeszcze do więzienia, by uciszyć sumienie, ale oczy Małgorzaty obrócą się ku górze. Nie zostanie jednak ku rozczarowaniu Mefista potępiona, lecz zbawiona. Nie będzie kawy w drodze do korpo. Faust wyruszy w dalszą drogę, bez swojej Małgosi. I tak byłaby tylko balastem w drodze do absolutnego oświecenia. Historia, która w ostatecznej wersji dramatu jest jednym z wątków, tu stanowi jej oś. Reżyser Thomas Wellemeyer odświeża „Urfausta”, miksując epoki, style, gatunki muzyczne, powierza rolę Mefista kobiecie, wprowadza w najbardziej niemiecki dramat wszech czasów śródziemnomorski wiatr, ale nie obdziera go z powagi i to nawet wtedy, gdy na scenę wpada grupa transwestytów śpiewająca z Mefistem radosną „Wandering Stars” Shantela



zawartość zablokowana

Autor: Olga Doleśniak-Harczuk, Antoni Opaliński


Pozostało 51% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się