​Lyle Mays – impresjonista jazzu

numer 2555 - 12.02.2020Kultura

WSPOMNIENIE Wczoraj dotarła do nas wiadomość, że odszedł jeden z najwybitniejszych speców od instrumentów klawiszowych, mistrz syntezatorów i fortepianu Lyle Mays.

Dla wielu po prostu prawa ręka Pata Metheny’ego. Na oficjalnej stronie Metheny’ego czytamy: „Z wielkim smutkiem musimy poinformować o śmierci naszego przyjaciela i brata Lyle’a Maysa (1953–2020). Odszedł dziś, 10 lutego, w Los Angeles po długiej walce z nawracającą chorobą, otoczony bliskimi”.

– Lyle był jednym z największych muzyków, jakich kiedykolwiek poznałem – mówi Pat Metheny. Przez ponad 30 lat każda chwila, w której dzieliliśmy się muzyką, była wyjątkowa. Od pierwszych nut, które zagraliśmy razem, nawiązaliśmy natychmiastową więź. Jego nieprzeciętna inteligencja, muzykalność oraz mądrość czyniły go w każdym aspekcie człowiekiem wyjątkowym. Będę za nim tęsknił całym sercem – dodaje gitarzysta. W podobnym tonie wspomina jazzmana jego kolega Steve Rodby, kontrabasista, z którym przez dekady zachwycał nas w zespole Metheny’ego:

– Miałem wielki przywilej obcowania z Lyle’em w moim życiu przez dekady. Był dla mnie inspiracją, ale i przyjacielem. Jak każdy, kto go znał, kto znał jego muzykę, mogę powiedzieć wprost, że był jedyny, niepowtarzalny. Doceniałem i doceniam jego uduchowiony blask.

Nasz znakomity jazzman Bogdan Hołownia zawsze wspomina, jak grywał z Maysem… w szachy, bo mało kto wie, że właśnie ta gra była pasją mistrza. Podobnie jak poszukiwania nowych brzmień w syntezatorowym świecie. W jednej z wielu rozmów, które miałem zaszczyt z nim przeprowadzić, zdradził mi, że syntetyczna barwa jest na tyle dobra, na ile jest podobna do naturalnej, inna, nowa, ale idąca z naturalnym rytmem biologicznym człowieka. Ilekroć słuchałem tego, jak gra, jak buduje swoje improwizacje, słyszałem inny, piękniejszy świat. Znamienne, że choć był demiurgiem elektronicznych światów, poszukiwaczem nowych lądów brzmieniowych w kosmosie, to najważniejsze solówki zagrał na fortepianie.

– Mam szacunek do wszystkiego, co ma białe i czarne klawisze, ale nic nigdy nie zabrzmi tak jak fortepian, to ta krystaliczna czystość jak ludzki głos i śpiew. Wszystko inne to udawanie, naśladowanie, przetwarzanie, kreowanie. Fortepian jest jak fundament – powiedział mi ponad 20 lat temu. Ostrzegł też, że nawet najlepsze syntezatory są tylko narzędziami, to my mamy nimi władać, a nie one nami. Nie są celem, ale drogą do dotarcia doń.

Anna Maria Jopek powiedziała o Maysie: – Martwię się o piękno. Kto nam tu zostanie, kiedy wszyscy poeci idą na tamtą stronę? Zostaje dźwięk, który nigdy nie ginie. Przejmująco czysty i najszlachetniejszy dotyk jego palców.

Jeśli chcecie poświęcić kilka chwil i zadumać się nad tym odejściem, włączcie sobie album „Offramp”, trzeci w katalogu Pat Metheny Group. A ściślej utwór „Au Lait”, ten, który tak pięknie wycisza po ikonicznym „Are You Going With Me? ”. To, co zagrał w nim Lyle, to nuty prosto od Boga. Tak niewiele dźwięków, a tyle piękna. Dobrze, że muzyka została. W najbliższy piątek poświęcę Lyle’owi Maysowi lwią część audycji „Cały ten jazz” w Radiu WNET (godz. 21). Posłuchajmy razem.

 



Autor: Piotr Iwicki