Jak Bruksela odmówiła Włochom chleba

WYWIAD \ Z włoskim publicystą i pisarzem MARCEM GALLINĄ rozmawiają OLGA DOLEŚNIAK-HARCZUK i ANTONI OPALIŃSKI (PR24)

Włochy bardzo wcześnie zaapelowały do UE o pomoc, ale w Brukseli chętniej debatowano o Europejskim Mechanizmie Stabilności niż o zwalczaniu pandemii. Nawet premier Conte, który nie jest przecież żadnym zadymiarzem, uskarżał się z goryczą na tę sytuację, zerkając znacząco w stronę kanclerz Merkel. We Włoszech są pierwsze gminy, które symbolicznie ściągnęły ze swoich masztów flagi unijne. A wiceprzewodniczący Izby Deputowanych po prostu wyniósł flagę ze swojego biura.
Mieszka Pan i pracuje w Berlinie, ale większość Pana rodziny żyje w prowincji Brescia, w północnych Włoszech. Jak wygląda teraz codzienność w tym jednym z najbardziej doświadczonych przez koronawirusa rejonów Włoch?
W tej prowincji żyje 20 członków mojej rodziny, wszyscy w liczącej 7 tys. mieszkańców miejscowości położonej 25 km od miasta Brescia. Brescia, tak jak i Bergamo, jest jednym z epicentrów epidemii koronawirusa. Mimo że moja rodzinna miejscowość to wieś, dochodzi tam wiele informacji z Brescii i okolic. W sąsiednim mieście jest szpital, a mój ojciec, który zajmuje się handlem, ma dużo znajomości w okolicy, ten przepływ informacji jest więc ciągły. Włochy to państwo, w którym stosunki międzyludzkie są ściśle związane z kulturą jedzenia, z kuchnią. Ludzie spotykają się rano w barze na śniadaniu, potem wieczorem w restauracji na kolacji. To nieodłączny element włoskiej kultury. Od momentu zamknięcia Włoch i wprowadzenia ograniczeń wszystko się załamało. Obostrzenia zaczęły być wdrażane już miesiąc temu, to wtedy ograniczono godziny otwarcia barów do godz. 18, a jak ktoś się upierał, że nie wyjdzie, przychodzili carabinieri i wyciągali ludzi na zewnątrz. Niektórym takie działania wydały się przesadą, inni się wystraszyli. Dziś wszelkie aktywności w Brescii zamarły. Ludziom wolno wyjść tylko na krótki spacer. Mam 82-letnią ciocię, dla której było normalne, że kilka razy w tygodniu uczestniczy we mszy świętej, chodzi na pogrzeby, jest aktywna społecznie, a teraz od kilku już tygodni pozostaje w domu, bo z uwagi na wiek jest w grupie ryzyka. Same pogrzeby ogranicza się do koniecznego minimum, bez ceremonii, uroczystości odbywają się w ścisłym rodzinnym gronie. W tak katolickim kraju, jak Włochy, gdzie wszystkim uroczystościom kościelnym, chrztom, pogrzebom towarzyszy bogata oprawa i uczestniczy w nich zawsze bardzo dużo ludzi, to szczególnie trudny czas. W naszej rodzinie nikt nie zmarł na chorobę COVID-19, ale mój tata w ciągu ostatnich trzech tygodni stracił czterech przyjaciół. Tata zajmuje się sprzedażą napojów, współpracuje z restauratorami prowadzącymi swoje punkty nad jeziorem Garda. Wielu z tych ludzi już dziś jest niewypłacalnych. Goście odwołali swoje rezerwacje w hotelach, nikt nie wie, jak długo jeszcze potrwa stan wyjątkowy. Skutki finansowe będą dla ludzi w regionie katastrofalne. Tylko nieliczni będą być może w stanie nadal funkcjonować po zakończeniu narodowej kwarantanny. Prowincje takie jak Brescia, Mantua, Werona uchodzą jedne z najsilniejszych ośrodków gospodarczych Włoch, ich głównym źródłem dochodu jest turystyka. Jeżeli więc tak ogromny kryzys dotyka sam silnik włoskiej gospodarki, to co będzie z resztą kraju? To jest pytanie, które często pada w moich rozmowach z rodziną. Żeby nie było jednak tak do końca posępnie, z pewnością widzieli państwo w telewizji Włochów śpiewających na swoich balkonach. W mojej rodzinnej miejscowości raczej nie dochodzi do takich występów, bo jesteśmy średnio utalentowani muzycznie, może poza moim zmarłym chrzestnym, który umiał zaintonować każdy przebój. Co jednak chcę powiedzieć, to to, że w tym trudnym czasie solidarność góruje nad urazami. Sąsiad mojego ojca, z którym od lat jest w sporze, teraz co dzień, mijając go, pyta: „jak tam zdrowie?”. Jest w tym śpiewaniu i serdeczniejszym stosunku ludzi do siebie nawzajem jakaś nadzieja. Włosi trzymają się razem. Przynajmniej jeszcze teraz tak to wygląda. Izolacja ma swoje konsekwencje.
Wspomniał Pan o uroczystościach kościelnych i o tym, jak licznie włoscy katolicy uczestniczą we wszelkich wydarzeniach religijnych. Już półtora tygodnia temu media zelektryzowały natomiast opowieści o włoskich księżach i siostrach, którzy z narażeniem życia do końca towarzyszą chorym. Wielu z nich zmarło. Dziennik „Avvenire”, pisząc o Bergamo, nazwał je „diecezją męczenników”. Pan również na łamach magazynu „Die Tagespost” pisał na ten temat. Proszę nam opowiedzieć więcej o tym heroizmie włoskich duchownych.
Co biografia, to inna opowieść. Księża sami podkreślają, że duchowni spieszą z posługą nie tylko chorym i umierającym, lecz także towarzyszą lekarzom, ratownikom medycznym i pielęgniarkom w ich codziennej pracy. Oni bardzo potrzebują teraz wsparcia duchowego. Ksiądz Luigi posługujący w szpitalu w Neapolu wyznał, że przychodzi do niego wielu ratowników medycznych, którzy proszą go o spowiedź, ponieważ nagle zostali skonfrontowani z wyborami natury etycznej i sobie z tym po ludzku nie radzą. Nie każdy jest w stanie zimno stosować się do selekcji chorych, decydować, kto powinien otrzymać konieczną pomoc w pierwszej kolejności, a kto ma czekać. I jak zawsze w takich tragicznych okolicznościach pada pytanie: gdzie jest Bóg? A odpowiedź jest taka sama jak dwa tysiące lat temu: On jest z wami. W Cremie jeden z księży opowiadał o lekarzu, który przed epidemią nie był człowiekiem szczególnie wierzącym. Dziś codziennie się modli. We włoskich szpitalach, mimo oczywistych trudności, w sferze duchowej wszystko jest jak należy. Księża udzielają sakramentu namaszczenia chorych, lekarze i pielęgniarki, widząc to, przystają, modlą się. Wokół obecności księży przy chorych narosło też sporo historii i legend. Powtarzana jest ostatnio historia pacjenta, którego ostatnim życzeniem przed śmiercią była landrynka i poprosił księdza, by mu ją przyniósł. Kapłani są dopuszczani do pacjentów, wyjątek stanowi udzielenie komunii i trwa to krótko, by nie ryzykować. Ten ksiądz przemycił landrynkę i dał ją umierającemu, ten podziękował uśmiechem i wkrótce po tym zmarł. Kapłan pozostał zaś anonimowy z obawy przed sankcjami. W samym Bergamo sytuacja jest dziś na tyle poważna, że księża czasem nie są nawet w stanie wypełnić swojej posługi wobec chorych. Uderzyła mnie jedna z relacji, w której opisano, jak wygląda udzielanie sakramentów. Księża noszą maski ochronne, skafandry i czepki, są tak zamaskowani, że chorzy często nie wiedzą, że to osoby duchowne. Muszą poza tym zachować dystans. Umierający nawet nie słyszą słów modlitwy. W takiej sytuacji udzielenie namaszczenia chorych staje się wręcz niewykonalne, sami lekarze ostrzegają też przed tym, bo kapłani mogliby później sami roznieść infekcję. Jeden z kapucynów opowiadał, że przeżył malarię w Amazonii, ale czegoś tak strasznego, jak w Bergamo nigdy wcześniej nie doświadczył. Chorzy umierają samotnie, bez opieki duchowej, bez tego ostatniego uśmiechu wyrażającego ulgę, że ktoś towarzyszy im do końca. Biskup Bergamo ogłosił nawet ostatnio, że z uwagi na zbyt duże ryzyko zarażenia sakrament namaszczenia chorych nie będzie już udzielany. To był jeden z powodów, dla których papież Franciszek wydał dekret o tym, że umierający, który w swojej ostatniej godzinie skieruje oczy na krzyż, może uzyskać odpust zupełny.
W państwach Europy Zachodniej osoby duchowne często spotykają się z brakiem szacunku, a nawet postawą wrogości. Sądzi Pan, że społeczeństwa zlaicyzowanej Europy, patrząc na poświęcenie włoskich księży i zakonnic, ockną się i ujrzą w osobach duchownych kogoś więcej niż „kościelnych urzędników”?
Myślę, że zwłaszcza w tradycyjnie katolickich państwach, takich jak Włochy czy rządzona przez wrogi Kościołowi, lewicowo-populistyczny rząd Hiszpania, Kościół ma teraz ogromną szansę odzyskać zaufanie społeczne. Zarówno ze względu na swoją działalność charytatywną, jak i posługę duszpasterską. Kobiety i mężczyźni, którzy ofiarowali swoje życie Chrystusowi, świadczą swoim przykładem, że można towarzyszyć człowiekowi w godzinie jego śmierci. Dla mnie istotniejszy jest jednak wymiar duchowy tego, co obecnie widzimy. Taniec wokół cielca hedonizmu, egoizmu i relatywizmu wpisuje się w funkcjonowanie społeczeństw, które same się niejako wydrążyły, idąc za pokusą ulotnej przyjemności. Wyrzuciliśmy poza nawias nasze przemijanie, nie tylko to osobiste, lecz także przemijanie naszych społeczeństw, kultury, systemów politycznych. Wirusa nie da się jednak zreinterpretować. On realnie istnieje, stanowiąc śmiertelne zagrożenie, które każdego może dosięgnąć. Szefów rządów, milionerów, gwiazdy. To jest wielki powrót śmierci, która nie rozróżnia, wszystkich traktując tak samo. Obserwuję zwłaszcza w przyzwyczajonych do nieustannej walki o postęp społeczeństwach Europy pewne niedowierzanie, że życie z dnia na dzień może tak diametralnie się zmienić. Kościół katolicki jest jednym z niewielu systemów, które na każdy aspekt życia mają jasną odpowiedź. Kościół powinien jednak mieć odwagę, by tych często uznawanych za „zbyt rygorystyczne” zasad bronić, to kwestia wiarygodności. W czasach kryzysu społeczeństwo ma więcej uznania dla ludzi, którzy autentycznie bronią sprawy, zamiast popadać w apatię.
W Polsce wielu katolików z braku możliwości uczestniczenia we mszach św. modli się online. Do tej pory tego typu praktyki były zarezerwowane dla tych, którzy z ważnych powodów nie mogli udać się do kościoła. Jak włoscy wierni Kościoła katolickiego radzą sobie z tą nową sytuacją?
Włochy to państwo o dużym udziale osób starszych, podejrzewam, że większość seniorów poza tymi, którzy mogą liczyć na wsparcie obrotnych wnucząt, raczej nie korzysta z oferty mszy św. w sieci. Wielu pozostaje w swoich domach, ogląda papieża Franciszka w telewizji na Anioł Pański lub słucha radiowych transmisji mszy św. Istnieje też pewna presja społeczna, której nie należy lekceważyć. Zdarzały się przypadki, kiedy księża nielegalnie odprawiający nabożeństwa z udziałem wiernych ściągali kłopoty na siebie i swoje wspólnoty. Tego typu łamanie rozporządzeń jest odczytywane jako przejaw braku odpowiedzialności i dawanie złych wzorców. Tęsknota za przyjmowaniem komunii świętej jest bardzo silna, ale większość wiernych przestrzega obostrzeń, starsi korzystają z radia i telewizji, a młodsi z internetu. To nie zastąpi poczucia wspólnoty, które we Włoszech nie jest pustą frazą. Ludzie idą do kościoła, ale przed mszą i po niej rozmawiają ze sobą, spotykają się, młodzież organizuje swoje spotkania w oratorium. Kiedy rozmawiam przez telefon z moją ciocią z Brescii, wyczuwam, że bardzo jej brakuje tego poczucia wspólnoty właśnie.
Włochy od początku pandemii koronawirusa znalazły się w centrum zainteresowań światowych mediów. W Niemczech, gdzie Pan mieszka, szeroko komentowano stan włoskiej służby zdrowia, ale i zachowanie samego społeczeństwa włoskiego w obliczu zarazy. Jak Pan odebrał te relacje i komentarze, ile jest w nich prawdy, a ile stereotypów?
Mam wrażenie, że w niemieckich mediach, ale i wśród niemieckich polityków przynajmniej do połowy marca dominowało pewne poczucie wyższości. Wychodzono wtedy jeszcze z założenia, że Niemców epidemia tak bardzo nie dotknie, a we Włoszech służba zdrowia stoi na niskim poziomie, brakuje łóżek na oddziałach intensywnej terapii etc. Padało też wiele trafnych argumentów, ale jednocześnie rozpowszechniano potworne głupstwa, na przykład jeden z niemieckich naukowców z pełną powagą twierdził, że mieszkańcy Lombardii wcale nie umierają na skutek zarażenia koronawirusem, ale przez zły stan powietrza. Albo że w Bergamo wcale nie odnotowano tak wielu zgonów, a doniesienia o przepełnionych kostnicach i nienadążających krematoriach to jedynie „dowody anegdotyczne”, które niczego nie dowodzą. Dlatego też w Niemczech media tygodniami informowały o zagrożeniu koronawirusem w sposób lekceważący. W jednym z programów telewizji publicznej nawet robiono sobie z tego żarty albo ostrzegano przed „prawicą”, która rzekomo miała zinstrumentalizować koronawirusa w swojej ksenofobicznej agendzie. Jeszcze 10 marca stacja ZDF zaprosiła do studia epidemiologa, który nazwał zagrożenie koronawirusem zwykłą histerią, a działo się to w czasie, gdy system ochrony zdrowia w Lombardii był już na skraju wyczerpania. Do 11 marca nie było w Niemczech żadnego medium, które nie wysuwałoby argumentu, że przecież grypa jest o wiele groźniejsza od nowego koronawirusa. Dopiero po tym, jak kanclerz Angela Merkel oficjalnie ogłosiła kryzys, nastąpił zwrot. Eksperci, którzy do tej pory wyśmiewali zagrożenie, popadli w niełaskę, nikt nie przewidział zbliżającej się epidemii, nagle zapalono czerwoną lampkę alarmową. Podsumowując, główne media niemieckie absolutnie zawiodły. Niektóre alternatywne magazyny informowały o zagrożeniu, owszem, ale powszechne echo medialne brzmiało: przecież to tylko grypa, jesteśmy przygotowani. Do tego doszedł jeszcze ten nieprzyjemny, bezkrytyczny przekaz o rządzie federalnym, który widząc przecież, jak płonie włoski dom, nie wyciągnął z tego żadnych wniosków dla Niemiec.
A jak Pan ocenia taktykę przyjętą przez rząd federalny w walce z koronawirusem? Niemcy stosunkowo późno wdrożyły pakiet obostrzeń antykryzysowych.
Podam przykład: w Polsce już na początku marca wprowadzono specustawę regulującą kwestie związane z walką z epidemią, zrobiono to w czasie, gdy Polska odnotowała zaledwie kilka przypadków zachorowania na COVID-19. A Niemcy 9 marca, czyli w czasie, gdy Włochy zamknęły się na głucho, nie wdrożyły u siebie ani jednego środka ostrożności, i to w sytuacji, gdy tysiąc mieszkańców Niemiec już oficjalnie uznano za zarażonych! Jedyne, co zrobiono, to wydrukowanie formularza, który mieli wypełniać podróżni wracający do Niemiec z rejonów uznanych za objęte kryzysem. Jeszcze 6 marca minister zdrowia Jens Spahn wykluczył wprowadzenie ograniczeń w podróżowaniu, cztery dni później federalna minister edukacji wykluczyła zaś konieczność zamykania szkół. Przypominam, że w tym samym czasie Polska, mimo zaledwie kilku potwierdzonych przypadków koronawirusa, wdrażała już rygorystyczne obostrzenia. Media przyjmowały ten brak działań ze strony rządu federalnego bez emocji. Dla kogoś, kto cały czas obserwował rozrost epidemii we Włoszech, ta pasywność Berlina była czystym surrealizmem. Sądzę, że wcześniejsza reakcja oszczędziłaby nam konieczności wdrażania bardziej rygorystycznych rozwiązań w przyszłości. Niemcy już 1 marca powinny wprowadzić szczegółowe kontrole na granicach, zadbać o wystarczający dostęp do testów, zadbać o wzrost świadomości zagrożenia w społeczeństwie, by ludzie wiedzieli, jak się zachowywać.
Jaką rolę w tym kryzysie, czy próbie jego przezwyciężenia, odgrywa Angela Merkel?
Biorąc pod uwagę, że media i polityka zareagowały dopiero wtedy, gdy pani kanclerz po wielotygodniowym milczeniu ogłosiła, że kryzys jednak istnieje – jej rola jest decydująca. Gdyby nie wskazała palcem, Niemcy wciąż by tkwiły w martwym punkcie. Dla wielu przedstawicieli elit to Angela Merkel jest wciąż politykiem nadającym ton i tłumaczącym świat. Chociaż mam wrażenie, że trzeba było nieźle ją przymusić do ostatnich wystąpień. Nie wykazała inicjatywy. Jak zawsze reaguje, a nie rządzi.
Wróćmy do Włoch. Italia uchodzi za państwo bardzo podzielone wewnętrznie sporem politycznym. Czy wyzwanie walki z koronawirusem zasypie linie podziału, czy je jeszcze pogłębi?
Matteo Salvini jako przywódca opozycji znalazł się w potrzasku. Podczas gdy w Rzymie rządzi lewicowy rząd, partia Salviniego ma premiera w Lombardii. Rząd narodowy i regiony są na siebie skazane, nawet jeżeli inaczej wyobrażają sobie wyjście z kryzysu. Salvini nie złagodził tonu, ale jest cichszy niż jeszcze na początku kryzysu. Być może jego PR-owcy odradzili mu zbytnią konfliktowość w tak trudnej sytuacji. Same spory nie ustały. Salvini wezwał premiera Giuseppe Contego do rezygnacji, ale tak naprawdę Salvini jest świadom, że nastroje w społeczeństwie jeszcze bardziej się pogorszą w najbliższym czasie, zwłaszcza z powodu perspektywy zapaści gospodarczej.
Matteo Salvini wypowiedział się ostatnio ostro o Unii Europejskiej, nazywając ją „gniazdem żmij i hien”. Włosi podzielają te opinię?
Salvini lubi uciekać się do poezji. Znam Włochów, którzy w sposób bardziej dosadny skomentowaliby Unię Europejską.
W Polsce podniosły się głosy, że w obliczu pandemii Unia Europejska okazała się bezradna. Czy Włochy czują się dziś opuszczone przez brukselską machinę?
Zdecydowanie tak. I dlatego Włosi tak alergicznie reagują teraz na pouczenia polityków unijnych, którzy krytykują Italię za przyjmowanie pomocy spoza UE, chociażby z Chin.
Jeżeli przyjaciel opuszcza człowieka w potrzebie, kiedy ten głoduje, a przychodzi inny i daje mu chleb do ręki, to ten, który nie udzielił pomocy, ma grzech zaniechania, a ten, który nakarmił, nie jest traktowany jak osobnik wykorzystujący sytuację. Tak to wygląda z perspektywy Włoch. Włochy bardzo wcześnie zaapelowały do UE o pomoc, ale w Brukseli chętniej wtedy debatowano o europejskim mechanizmie stabilizacji niż o zwalczaniu pandemii. Nawet premier Conte, który nie jest przecież żadnym zadymiarzem, uskarżał się z goryczą na tę sytuację, zerkając znacząco w stronę kanclerz Merkel. We Włoszech są pierwsze gminy, które symbolicznie ściągnęły ze swoich masztów flagi unijne. A wiceprzewodniczący Izby Deputowanych usunął flagę ze swojego biura.
W czasie zarazy wielu Europejczyków sięga po „Dekameron” lub „Dżumę”. A co w czasie pandemii czyta autor „Anegdot Euganejskich” nazywanych, jakkolwiek by było, „Małym Dekameronem XXI w.”?
Po raz kolejny sięgam po powieść „Narzeczeni” Alessandra Manzoniego. Rozdział 31 poświęcony zarazie nauczył mnie, dlaczego ludzie w jej trakcie zachowują się tak, jak się zachowują – dotyczy to również niemieckich mediów i niektórych zwolenników teorii spiskowych. Manzoni był wielkim znawcą ludzkich charakterów. Poza tym to drugi po Dantem Alighieri największy autor piszący w języku włoskim.

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów gpcodziennie.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Interesuje Cię pakiet wielu subskrypcji? Napisz do nas redakcja@gpcodziennie.pl

W tym numerze