Koronawirus nie pokona libańskich cedrów

WYWIAD \ Z KAZIMIERZEM GAJOWYM, prezesem Fundacji Fenicja im. św. Charbela i animatorem polskiego życia w Libanie, rozmawia ANTONI OPALIŃSKI (Polskie Radio 24)

Przez kilka ostatnich dni w Libanie nie zgłoszono żadnego przypadku zgonu z powodu koronawirusa. W zeszłym tygodniu nie odnotowano również żadnego nowego przypadku zakażenia. Libański minister zdrowia ogłosił – być może nieco na wyrost – że daliśmy radę i nie wirus rządzi nami, lecz my wirusem.
Jak wygląda życie w Libanie w czasach pandemii?
W Libanie mamy piękną wiosnę. Z jednej strony wspaniały widok na morze, a z drugiej na góry. Tak że jest dość przyjemnie. Zwłaszcza że Libańczycy, którzy często mają dwa apartamenty czy domy, przenieśli się w góry, spędzają czas we własnych ogródkach, a wielu ludzi wróciło do tzw. uprawy tarasowej, co było wcześniej zaniedbane. Zaczynamy nawet z powrotem sami uprawiać w czasie pandemii rośliny, kiedyś bardzo popularne, o których już trochę zapomniano, jak origano selvatico.
To wygląda raczej na obraz sielskich wakacji niż na kraj pogrążony w walce z groźnym wirusem. Skąd się bierze ten względny luz Libańczyków?
W Libanie nie ma praktycznie żadnej paniki. Wynika to przede wszystkim z tego, że mamy niewiele ponad 700 przypadków zakażenia od samego początku trwania pandemii i zaledwie 24 zgony na chorobę COVID-19. Przez kilka ostatnich dni nie było żadnego przypadku zgonu z powodu koronawirusa. W zeszłym tygodniu nie odnotowano również żadnego nowego przypadku zakażenia. Libański minister zdrowia ogłosił – być może nieco na wyrost – że daliśmy radę i nie wirus rządzi nami, lecz my wirusem. To zapewne jest powiązane z wieloma czynnikami; mocno wierzę, że naszym sprzymierzeńcem może być słońce. Na moim tarasie nie mogę nawet dotknąć blatu stołu, jest tak rozgrzany. Ponadto to, co było kiedyś przekleństwem Libanu, czyli ten wszechobecny system wojskowy. Kto był w Libanie, ten wie, że co kilka kilometrów, na różnego rodzaju drogach górskich, rogatkach, skrzyżowaniach stoją żołnierze. Ta powszechna obecność wojska mogła kiedyś przestraszać. Teraz dzięki niemu częściowo udało się opanować stan epidemii. Dość drastyczne ograniczenia przyniosły wymierne korzyści.
Każdy kraj ma własny sposób postępowania w walce z pandemią. Jakie ograniczenia wprowadzono na ten czas w Libanie?
Dla mieszkańców Libanu są to ograniczenia dość drastyczne. Na przykład zarządzenie, że możemy się poruszać samochodami tylko od godz. 7 do 17, w dodatku na przemian, w zależności od tego, czy numer rejestracyjny kończy się liczbą parzystą, czy nieparzystą – dlatego też każdego dnia mamy o połowę mniej samochodów na drogach. Oczywiście obowiązuje też godzina policyjna – od godz. 20 do 5 rano w ogóle nie można wychodzić. Te obostrzenia na pewno mają sens i pomagają opanować sytuację. Czekamy w Libanie na kolejne komunikaty rządu dotyczące zniesienia przynajmniej części obostrzeń. Na razie nie wiadomo, czy zostaną zniesione, czy zostaną otwarte szkoły, uniwersytety, sklepy i kluby nocne – a jak wiadomo, Liban lubi nocne życie. Ludzie z tęsknotą patrzą też w kierunku plaż. Ja w tej chwili stoję na tarasie w Makazi Gardens, widzę morze, widzę plaże w Byblos, w Dżunji, wszystkie piękne i żółte, ale na razie mamy tam zakaz wstępu. Kraj żyje po części z turystyki, a ta na skutek pandemii została sparaliżowana i nie wiemy, kiedy branża będzie mogła na nowo rozpocząć swoją działalność. Jeżeli  nie nastąpi to w miarę szybko, jeszcze w tym sezonie wakacyjnym, będzie tragedia. Na razie nie narzekamy. Poza nartami – a to dotyczy nielicznych grup, które przyjeżdżają do Libanu na narty – obecny okres turystycznie i tak był martwy. Tutejsi mieszkańcy liczą na to, że odrodzenie nastąpi 14 maja, wiążą to ze świętem św. Korony, pochodzącej stąd, z krajów damasceńskich, patronki chorych cierpiących z powodu epidemii.
Jak pandemia koronawirusa i związane z nią środki wzmożonej ostrożności oraz ograniczenia mogą wpłynąć na właśnie rozpoczęty ramadan?
Jeżeli ten stan byłby przedłużony, muzułmanie nie mogliby się zbierać na swoich modlitwach południowych, zwłaszcza w każdy piątek. Poza tym w zasadzie koronawirus by im nie przeszkadzał. Ramadan polega na tym, że od wschodu do zachodu słońca kraj jest praktycznie zatrzymany, nie spożywa się żadnych posiłków ani napojów, niczego, co mogłoby trafić do ust. W związku z tym po nocy, którą spędza się na wspólnym jedzeniu, piciu – oczywiście bez alkoholu – i na oglądaniu filmów specjalnie przygotowanych na ramadan, to najczęściej jak ktoś nie spał przez całą noc, przychodził do pracy na godz. 11, żeby podpisać listę, o 12 miał już prawo iść na południowe modlitwy i po nich nie wracał do pracy. Czyli te ograniczenia w związku z koronawirusem właściwie mogą muzułmanom jeszcze pomóc w przestrzeganiu ramadanu. Jedyny problem będzie z grupami bardziej „wierzącymi”, czyli tymi, którzy mogą domagać się prawa do organizowania południowych modlitw w meczetach i na placach i uczestnictwa w nich. To wszystko zależy od kolejnych rządowych decyzji.
Czyli życie wszystkich wspólnot religijnych w Libanie całkowicie zamarło, a ludzie w ogóle nie chodzą do swoich świątyń?
Tak, zakaz dotyczy wszystkich wyznań, zarówno chrześcijańskich, jak i muzułmańskich. W świątyniach mogą przebywać tylko duchowni. W Libanie są bardzo małe parafie, każda wioska czy dzielnica to czasem tylko dwie parafie. Z mojego tarasu widzę wieżę kościelną znajdującą się w odległości 25 m. W niedzielę siadamy na tarasie z całą rodziną i praktycznie uczestniczymy we mszy. Gdyby jeszcze była możliwość przyjęcia komunii świętej, to nie byłoby żadnej różnicy. Dotyczy to w jeszcze większym stopniu muzułmanów, bo modlitwy z minaretów, przez głośniki o wielkiej sile decybeli, rozbrzmiewają aż pięć razy dziennie i wszyscy wierni muzułmańscy muszą w tym uczestniczyć. Wiemy, że oni nie mają obowiązku obecności w meczecie. Mają obowiązek modlitwy tam, gdzie się znajdują, na tarasie, na ulicy, w ogrodzie – gdy usłyszą nawoływanie muezzina, to mogą na dywaniku czy bez niego odbywać swoje modlitwy. Muszą tylko wiedzieć, w którym kierunku jest Mekka. Koronawirus na pewno nie będzie w tych modlitwach przeszkodą.
Oczywiście nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jak zachowają się grupy, którym może zależeć na jakiejś formie protestów. Wiadomo, jak zachowuje się tzw. Partia Boga, znana jako Hezbollah. Wiemy, że sami się organizują. Hezbollah powołał „w kamasze” ok. 1500 swoich lekarzy. Ponadto zwerbował ponad 3 tys. paramedyków i pielęgniarek. Czyli ta organizacja sama sobie radzi i decyduje, komu chce pomagać. W mediach się mówi, że Hezbollah zakupił kilka hoteli na obrzeżach południowych dzielnic i przemienia je na szpitale dla swoich ludzi, czyli szyitów.
Znane są jakieś szczegóły działań Hezbollahu na tym polu?
Pojawiły się informacje, że chociaż jest to zakazane przez rząd, Hezbollah pomagał również swojemu patronowi, czyli Iranowi. Podobno użycza miejsc w szpitalach ludziom z irańskich sfer rządowych. To budzi kontrowersje w społeczeństwie libańskim, zdaniem wielu osób nie powinni oni tutaj w ogóle przebywać. Zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że tzw. pacjent zero przyleciał do Libanu na początku marca właśnie z Teheranu.
Hezbollah – libańska partia polityczna radykalnych szyitów utworzona w 1982 r. Od początku była wspierana i finansowana przez Iran i Syrię, a także z dotacji jej zwolenników. Organizacja określa się jako antyimperialistyczna. Hezbollah jest uważany za organizację terrorystyczną m.in. przez USA, Izrael, Ligę Państw Arabskich, Kanadę, Argentynę i wiele innych państw świata.

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów gpcodziennie.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Interesuje Cię pakiet wielu subskrypcji? Napisz do nas redakcja@gpcodziennie.pl

W tym numerze