reklama


Lepsze komórki niż zapałki

PRZECZYTANE W STARYCH GAZETACH \ Poszło z dymem, czyli dziecięce igraszki sprzed wieku

numer 2638 - 21.05.2020Publicystyka

Tekst ten dedykuję wszystkim rodzicom poirytowanym, zresztą słusznie, że ich dzieci spędzają całe godziny przy komputerach lub z telefonami komórkowymi. Otóż warto przypomnieć, że gdy tych wynalazków nie było, nastolatki pasjami bawiły się zapałkami. W efekcie często puszczały z dymem dorobek życia nie tylko rodziców, lecz także wielu innych osób.

Na początek przypomnę popularne powiedzenie, które zapewne słyszeli Czytelnicy w średnim, a już na pewno ci w starszym wieku. A brzmi ono: „Dzieci plus zapałki równa się pożar”. Niestety nasi przodkowie wiedzieli o tym aż za dobrze…

Dla nich to była zabawa

Pierwszy z brzegu przykład. W październiku 1907 r. nastolatek zatrudniony we wsi Brzoza w powiecie krotoszyńskim jako pastuch bydła z nudów bawił się zapałkami, rzucając je… w stóg stojący na polu. Nic więc dziwnego, że siano zapaliło się i spłonęło do gołej ziemi.

Kolejna historia to wydarzenie z 22 października tamtego roku. Wówczas to w Kuklinowie pod Koźminem Wielkopolskim powstał potężny pożar, który obrócił w perzynę stajnię oraz stodołę wypełnioną zbożem. Budynki należały do dwóch miejscowych gospodarzy. Ogień spowodowały dzieci bawiące się zapałkami. Szczęściem w nieszczęściu rolnicy byli zapobiegliwi i swoje majątki dobrze ubezpieczyli, a więc wszystkie straty pokryć miały środki z ubezpieczenia.

Do pożaru doszło też 9 września 1908 r. w dobrach hrabiego Bnińskiego w Czarnotkach. Spłonęły dwie stodoły z zebranym w tamtym roku żniwem, dwie stajnie i cztery stogi ze zbożem. Jak widać, były to ogromne straty. Pożar spowodowały dzieci.

W ówczesnej gazecie nie pisano, czy zrobił to chłopiec czy dziewczynka, po prostu dziecko. To zresztą bez znaczenia. To dziecko 26 sierpnia 1910 r. spowodowało wielki pożar w Lenartowicach pod Pleszewem. Ogień wybuchł błyskawicznie i z ogromną siłą. W krótkim czasie doszczętnie strawił stodoły gospodarzy: Stefaniaka, Markiewicza i Osucha. Przybyli na miejsce strażacy nawet nie próbowali gasić ich dobytku. Zajęli się zabezpieczeniem sąsiednich budynków, by i tam ogień nie doszedł. Na szczęście ich działania okazały się skuteczne. Straty trzech gospodarzy były ogromne. Oprócz budynków stracili zebrane w tamtym roku zboże oraz narzędzia i maszyny, które znajdowały się w środku. Przy czym wszyscy byli ubezpieczeni, ale na kwoty znacznie niższe, niż stracili.

Straszna tragedia wydarzyła się przed południem 8 października 1911 r. w Nowym Mieście nad Wartą. Nad miasteczkiem (dziś to wieś, wówczas posiadała prawa miejskie) rozszalał się ogień. Spaliły się cztery stodoły, po części wypełnione zebranym w tamtym roku zbożem. Nie dość tego, wiatr był tak silny, że przeniósł iskry na drugą stronę miasteczka. W efekcie w płomieniach stanęły jeszcze dwie stodoły należące do księdza proboszcza Muellera. Niestety podczas gaszenia ksiądz zmarł. Jak napisano w ówczesnej gazecie, „był już od dłuższego czasu chorowity”. W chwili śmierci liczył 70 lat. Zboże było ubezpieczone, ale zbyt nisko w stosunku do strat.

Inny przykład z 3 kwietnia 1914 r. ze wsi Borzęcice pod Krotoszynem. Spłonęły wówczas stodoły należące do rolników Józefa Matuszczaka oraz Tekli Tomczyńskiej, dom akuszerki (czyli miejscowej położnej) Konstancji Kornobis, dom rolnika Jana Grzegowskiego, któremu spaliła się także stajnia i stodoła. Rolnicy Grygiel oraz Dymny stracili stodoły i szopy.

Zginęły wszystkie dzieci

Do tej tragedii doszło 26 stycznia 1906 r. w Błażejewie pod Kórnikiem. Nie znamy nazwiska rodziny, która mieszkała w tej wsi. W każdym razie ojciec był wówczas w pracy w odległości pół mili drogi od domu



zawartość zablokowana

Autor: Damian Szymczak


Pozostało 50% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się




reklama








#DziękujeMyZaOdwagę
reklama