reklama


II Rzeczpospolita – polska duma i obawy obcych

FELIETON \ Krzepiąca lekcja historii, czyli…

numer 2638 - 21.05.2020Publicystyka

W zeszłym tygodniu obchodziliśmy 85. rocznicę śmierci marszałka Józefa Piłsudskiego oraz 50. rocznicę śmierci generała Władysława Andersa. Obie przypadły jednego dnia – 12 maja. Uważam to za rzecz symboliczną, ponieważ tych dwóch wielkich Polaków i wspaniałych patriotów w 1926 r. podczas zamachu majowego, zwanego przez jego zwolenników „przewrotem majowym”, stanęło – o czym się niemal w ogóle nie mówi – po dwóch różnych stronach barykady. To najlepiej dowodzi, że nikt w II Rzeczypospolitej nie miał monopolu na patriotyzm.

Warto dodać, że żadna ze zwaśnionych stron, których nie pogodziła krew 379 śmiertelnych ofiar bratobójczych walk w maju AD 1926, nie wzywała pomocy zagranicy, nie zapraszała obcych państw, obcych rządów, obcych mediów czy instytucji międzynarodowych, aby ingerowały w wewnętrzne sprawy Polski, aby były wobec naszego państwa prokuratorem i sędzią jednocześnie.

Sejm Niemy w 1717 r. to moment utraty państwowości

Może to dobry moment, aby przypomnieć, że choć dochodziło w naszej ojczyźnie do walk bratobójczych, nie tylko przecież 12 maja 1926 r., w dniu zamachu majowego, to jednak udało się naszym rodakom zbudować tak wiele, stworzyć podwaliny, dzięki którym wspólnota narodowa przetrwała w sytuacji, gdy przez kolejne półwiecze byliśmy pozbawieni realnie niepodległego państwa. Państwa, którego ścisła niezawisłość trwała dwadzieścia lat, a którego wcześniej pozbawieni byliśmy przez okres dziesięciokrotnie dłuższy. Nie, to nie pomyłka: wbrew twierdzeniom większości historyków nie uważam bowiem, aby można było mówić o końcu naszej niepodległości od 1795 r., czyli z początkiem III rozbioru Polski. Końcem naszej niezawisłości nie był też rok 1772, a więc data I rozbioru dokonanego przez trzy ościenne mocarstwa. Ba, nie były to też lata 60. XVIII w., kiedy to z formalnie suwerennego państwa polskiego Rosja po raz pierwszy porwała i skazała na zesłanie czterech przywódców politycznych narodu, w tym biskupów. Jako historyk będę bronił tezy, że niepodległość utraciliśmy w roku 1717 – w roku Sejmu Niemego, gdy Polska dała narzucić sobie ze strony Rosji polityczną podległość. I był to symboliczny koniec I Rzeczypospolitej, niegdyś jednego z największych mocarstw nie tylko Starego Kontynentu, lecz także całego globu. W szczytowym momencie rozwoju mieliśmy przecież terytorium przeszło trzy razy większe niż obecne (około miliona kilometrów kwadratowych).

I Rzeczpospolita – ta oaza tolerancji religijnej i politycznej o największym w świecie stopniu rozwoju demokracji, ba, największe demokratyczne państwo globu – na dwa wieki straciło praktycznie niepodległość, a z europejskich map zniknęło na 123 lata, nie licząc quasi-suwerennych form państwowych.

Polska – zerwane pęta

Polska wracała do bytu państwowego w listopadzie 1918 r., po dziesięciu powstaniach (licząc z trzema śląskimi i jednym wielkopolskim), ale też dzięki temu, że pod koniec XIX w. jedna trzecia Polaków (sic!) korzystała z tajnej patriotycznej oświaty. Niepodległość odzyskaliśmy też dlatego, że udało się, używając słów Jana Ludwika Popławskiego, „unarodowić lud”. Lud, którego niemała część podczas powstań pozostawała całkowicie bierna, uważając, że niepodległość to „sprawa panów”, a nie ich. Ci sami, którzy cieszyli się z carskiego uwłaszczenia, nie dostrzegając, że zrealizowano je także po to, żeby skłócić Polaków.

Przeszło wiek temu nastąpiło to, co historyk profesor Piotr Łossowski określił w tytule swojej ksią?ki jako ?zerwane p?ta?



zawartość zablokowana

Autor: Ryszard Czarnecki


Pozostało 50% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się




reklama








#DziękujeMyZaOdwagę
reklama