O sprawie Kentlera od początku

Niemcy \ Senat Berlina zapowiedział odszkodowania dla ofiar pedofilskiego eksperymentu

„Zaletą 13-letniego Ullricha był świetny wygląd i radość czerpana z seksu. Dzięki temu mógł się przynajmniej odwdzięczyć mężczyznom, którzy się nim opiekowali” – pisał w 1988 r. prof. Helmut Kentler w raporcie końcowym eksperymentu, który prowadził od 1969 r. w Berlinie. Ten prominentny seksuolog i psycholog pilotował mieszkania, w których pedofile mieli „resocjalizować niesfornych chłopców”. O sprawie zrobiło się głośno w 2013 r., pod koniec 2016 z kolei opublikowano pierwszy raport dotyczący działalności Kentlera. W ubiegłym tygodniu historia znów wdarła się na czołówki. Tym razem za sprawą raportu naukowców Uniwersytetu Hildesheim.
O tzw. eksperymencie Kentlera w styczniu 2017 r. jako pierwsze w Polsce pisały miesięcznik „Nowe Państwo” i „Gazeta Polska Codziennie”. Artykuły dotyczyły sięgającego lat 70. XX w. projektu Helmuta Kentlera, który zakładał oddawanie nieletnich pod opiekę pedofilom. Proceder ten nie tylko uznano w tamtym czasie za postęp w dziedzinie tzw. wyemancypowanego wychowania seksualnego, lecz także finansowano z publicznych pieniędzy. W tamtym czasie wiedzę o pedofilskim procederze opieraliśmy na raporcie dr Teresy Nentwig z Uniwersytetu w Getyndze, teraz nowych ustaleń dostarczyli naukowcy z Uniwersytetu Hildesheim.
Prace nad białymi plamami w historii „eksperymentu Kentlera” ruszyły 1 stycznia 2019 r. i trwały do 15 czerwca br. W skład zespołu badawczego weszli: prof. dr Meike Baader, prof. dr Wolfgang Schröer, dr Carolin Oppermann i dr Julia Schröder. Grupa zajmowała się sprawą Kentlera od lata 2018 r. na wniosek senatu Berlina. Specjaliści z Hildesheim w swoich badaniach oparli się w dużej mierze na wcześniejszych ustaleniach dr Teresy Nentwig, ale jak wyjaśniają w raporcie, we wcześniejszych dokumentach zabrakło informacji dotyczących tego, na ile Jugendamt i urzędnicy zajmujący się przydzielaniem dzieci rodzinom zastępczym byli wtajemniczeni w działania Kentlera. I to m.in. próbowano naświetlić w 58-stronicowym dokumencie.
Świetlana postać w akcji
W 2017 i 2018 r. nie ustalono, którzy urzędnicy senatu berlińskiego i Jugendamtu podjęli decyzję o wcieleniu w życie idei Helmuta Kentlera. Dokumenty wyparowały z archiwów lub były niedostępne. Czytając jeszcze plan pracy nad udostępnionym 17 czerwca raportem zespołu z Hildesheim, dowiadujemy się, że dotarcie do jakichkolwiek dokumentów, które pokazałyby skalę pedofilskiego procederu w Berlinie Zachodnim od lat 70. XX w., było bardzo utrudnione. Sam proces pozyskiwania dostępu do akt, a następnie możliwość ich przeanalizowania były bardziej niż żmudne. Zanim pożądane akta trafiały do naukowców, były przekazywane do senatu Berlina, gdzie częściowo je zanonimizowano zgodnie z wytycznymi ochrony danych osobowych.
To, co od początku było najbardziej kontrowersyjne, a dla senatu Berlina bardziej niż niezręczne, to fakt, że projekt doktora Kentlera wdrażano za wiedzą, zgodą i przy wsparciu instytucji, które powinny stać na straży dobra dzieci. Z raportu socjologów Uniwersytetu w Hildesheim wyłania się wyraźniejszy, ale nieostateczny obraz skali uwikłania tych instytucji w wykorzystywanie nieletnich przez notowanych za pedofilię mężczyzn. Tak jak w raporcie grupy Nentwig nie ma nazwisk, nie wiadomo, kto na dobrą sprawę dał Kentlerowi prawo do eksperymentowania na nieletnich. Autorzy mówią co prawda o „siatce”, ale brak konkretów co do jej członków. Jak czytamy: „Wychodzimy z założenia, że istniała sieć osób, które tolerowały, wspierały i legitymizowały napaści pedofilskie w mieszkaniach rodzin zastępczych. (…) Należy założyć, że wielu współpracowników administracji senatu Berlina, jak i dzielnicowych jugendamtów było uwikłanych w te siatki i umożliwiało kontakty chłopców z pedofilami (…). Z zeznań świadków wnioskujemy dodatkowo, że dalsze osoby z administracji senatu nie sprzeciwiały się zakładaniu tych jednostek opiekuńczych, ale je tolerowały, również dlatego, że były one wspierane przez »świetlane postacie«” (str. 30). Mianem „świetlanej postaci”, a nawet „papieża” określano nie kogo innego, jak Helmuta Kentlera. I on to uwielbienie potrafił perfekcyjnie zagospodarować. Jak wynika z akt, w chwili, gdy po stronie Jugendamtu pojawiały się sceptyczne tony co do eksperymentu Kentlera, ten idealizował pedofilskich opiekunów, pisząc o jednym z nich w taki sposób: „Negatywne doświadczenia życiowe X są istotne zwłaszcza w danym kontekście – jak mi tłumaczył, to, że sam uporał się ze swymi trudnościami, zmotywowało go do pomocy chłopcom będącym w podobnym co on niegdyś położeniu”. To, że w jugendamtach cierpliwie słuchano tych mglistych teorii, może wprawić w osłupienie.
Prokuratura nie widzi problemu
Jest jeszcze coś. Z raportu wynika, że pedofile sami, bez konsultacji z jugendamtami przysposabiali chłopców, zabierając ich do domu, czasem z jednostek opiekuńczych, a dopiero po jakimś czasie dostawali zgodę na prowadzenie rodziny zastępczej od Jugendamtów. Rekomendacji udzielał Kentler. W przypadku pedofila Fritza H., który od 1973 do 2003 r. miał pod swoją opieką 10 chłopców, sprawa wyglądała tak, że sam wyszukał sobie chłopca w domu dziecka (H. był nauczycielem techniki w tej placówce) i zabrał go do domu. Dopiero po pięciu miesiącach Fritz H. wystąpił do Jugendamtu z wnioskiem o zalegalizowanie opieki nad chłopcem. Nikt się nie dziwił, urzędnicy wydali zgodę, a resztą zajmował się zakulisowo Kentler, dbając, by nic nie zmąciło eksperymentu (pisząc m.in. peany na cześć doświadczonych życiowo opiekunów, którzy ulitowali się nad losem niesfornych dzieci).
Jak wynika z ustaleń autorów raportu, jest w tym pewien wzór. Ktoś samowolnie zakładał rodzinę zastępczą, a potem tylko zgłaszał się po kwitek do Jugendamtu. Fritz H. na początku nawet podawał, że będzie wychowywał chłopców wraz z partnerką życiową, co nie było prawdą, ale nikt tego nie weryfikował. I nawet jeżeli istniały podejrzenia, że opiekun dopuszcza się względem podopiecznych czynów karalnych, sprawie szybko ukręcano łeb. Jak bowiem inaczej interpretować przytaczaną w raporcie (str. 38) decyzję prokuratury w Berlinie datowaną na 11 stycznia 1980 r., w której czytamy: „Szanowny Panie H., niniejszym informuję, że zawiesiłem prowadzone dochodzenie ws. podejrzenia popełnienia przez pana czynu nadużycia seksualnego (…). Z wyrazami szacunku XX (prokurator). Jak zwracają uwagę autorzy, w aktach nie ma ani jednej wzmianki o wszczęciu takiego dochodzenia, o fakcie dowiedziano się z pisma z informacją o jego umorzeniu. Jedynym dowodem na to, że urzędnicy Jugendamtu musieli zdawać sobie sprawę z powagi sytuacji, jest odręczna notatka urzędnika skreślona na piśmie z prokuratury: „Pan H. przekazał nam to pismo”. Jednak na tym koniec.
Senat Berlina już zlecił kolejne naukowe śledztwo, które tym razem miałoby udzielić odpowiedzi na pytanie, czy eksperymentalny projekt pilotowany przez Kentlera w Berlinie nie był wdrażany w innych częściach Niemiec Zachodnich. W końcu pomysłodawca eksperymentu był wykładowcą Uniwersytetu w Hanowerze. Z pewnością dużym utrudnieniem w dochodzeniu do prawdy o sprawie są kwestie natury biurokratycznej. Autorzy raportu wielokrotnie podkreślają, że dostęp do akt, a zatem ustalenie, kto personalnie odpowiada za to, że od początku lat 70. XX w. aż do roku 2003 nieletnich chłopców przekazywano na wychowanie pedofilom, był bardzo utrudniony. Dość powiedzieć, że naukowcom nie udało się dotrzeć m.in. do raportu z autopsji ciężko niepełnosprawnego chłopca, który w niejasnych okolicznościach zadusił się, będąc pod opieką Fritza H. Do śmierci dziecka doszło w 2001 r. Lekarz, który stwierdził zgon, podał, że przyczyna śmierci jest niewyjaśniona. Wykonano autopsję w zakładzie medycyny sądowej Charité Berlin. Naukowcy zwrócili się za pośrednictwem senatu do władz kliniki o wydanie raportu i przynależnych do niego zeznań świadków. Bezskutecznie. Dokumentów nie odnaleziono. Sam fakt zgonu niepełnosprawnego chłopca i to w niewyjaśnionych okolicznościach został zbyty przez Jugendamt dwiema notatkami. W notatce datowanej na 27 września 2001 r. napisano, że pan H. zadzwonił, informując o zgonie chłopca. Jest tam też informacja o niewyjaśnionej przyczynie zgonu. W drugiej notatce z 15 października 2001 r. jest z kolei uwaga, że pan H. wyraził życzenie, by ponownie wziąć pod opiekę dziecko z ciężką niepełnosprawnością i że „pan H. już nawiązał kontakty w celu przysposobienia niepełnosprawnego dziecka”. Jak podsumowują autorzy, w centrum zainteresowania nie stała śmierć dziecka, ale żądania pana H. i jego potrzeba opieki nad kolejnym.
Pod opieką pana Fritza
W 2017 r. w reportażu, który ukazał się na łamach „Der Spiegla” przedstawiono historię dwóch dorosłych mężczyzn, którzy zareagowali na apel naukowców i opowiedzieli o swojej gehennie. Na potrzeby artykułu nazwano ich Markiem i Svenem. Kiedy Mark w 1989 r. trafił do swojego przybranego ojca, Fritza H., miał zaledwie 6 lat, pod koniec 1990 r. dołączył do niego 8-letni Sven. Obaj chłopcy byli wcześniej ofiarami przemocy domowej, dużo wycierpieli we własnych rodzinach, teraz piekło otworzyło dla nich nowe podwoje. Fritz H. cieszył się rekomendacją dr. Kentlera, od początku lat 70. oddano mu pod opiekę co najmniej 10 chłopców, dwaj z nich po latach zdecydowali się ujawnić kulisy pedofilskiego eksperymentu. Obaj byli regularnie wykorzystywani przez swojego opiekuna, szantażowani, zastraszani, na ciele do dziś noszą blizny po zadawanych im przez Fritza H. ranach. Kiedy osiągnęli pełnoletność, pedofil przestał się nimi interesować. Nigdy nie zapłacił za swoje winy. Teraz mają szansę na odszkodowanie finansowe. Marna pociecha, ale przynajmniej ktoś w końcu poczuł się do jakiejkolwiek odpowiedzialności.
Opiekun po wyroku
Wróćmy do początków eksperymentu. Wszystko zaczęło się w 1969 r. Większość chłopców miała po 13–17 lat, na koncie jakieś młodzieńcze wybryki, alkohol wypijany w parku, wagary. Wielu z nich urzędnicy jugendamtów odebrali rodzicom i umieścili w rodzinach zastępczych. Uciekali, wałęsali się bez celu po okolicy, z czasem stali się bezdomni i nikt nie kwapił się specjalnie, by ich z tej sytuacji wyrwać. Pracownicy socjalni nazywali ich „trudnymi chłopcami”, niejeden z nich prostytuował się, kradł etc. Prominentny w tamtym czasie psycholog Helmut Kentler wysnuł teorię, że „towarzystwo tak niesfornych dzieci mógłby znieść wyłącznie osobnik w nich zadurzony”. Za sugestią poszedł konkret. Chłopców umieszczano od tej chwili pod jednym dachem z wielokrotnie notowanymi pedofilami, którzy stali się ich prawnymi opiekunami. Kentler nazwał ten proceder „eksperymentem” (naukowcy z Hildesheim podkreślają, że termin „eksperyment” to nazewnictwo przejęte od Kentlera i tak powinno się go postrzegać), w jego ramach wskazał na początek trzech berlińskich dozorców notowanych za czyny pedofilskie. Kentler poznał ich podczas wizytacji więzienia Tegel. Ten kontakt przydał mu się do eksperymentu. To w ich mieszkaniach za zgodą berlińskiego senatu urządził ośrodki opieki nad nieletnimi. Jak opisywał lata później w książce pt. „Ojcowie zastępczy. Dzieci potrzebują ojców” („Leihväter. Kinder brauchen Väter”, 1991), pomysł z pedofilskimi opiekunami nie był jego autorskim, podobne próby już wcześniej podejmowano w Stanach Zjednoczonych i Holandii. Kentler wizytował berlińskie ośrodki dwa razy w tygodniu, rozmawiał z pedofilami i ich podopiecznymi, doskonale wiedział, co się tam dzieje.
20 lat później Kentler przyznał, że zdawał sobie sprawę z tego, że „mężczyźni ci robili tyle dla swoich podopiecznych, ponieważ łączyła ich z nimi więź seksualna”. W tamtym czasie (1988 r.) już jako uznany profesor pedagogiki społecznej na Uniwersytecie Technicznym w Hanowerze Kentler przygotowywał na zlecenie senatora ds. młodzieży i sportu ekspertyzę dotyczącą tego, czy osoby homoseksualne mogą być opiekunami nieletnich. W raporcie wspomniał o eksperymencie z opiekunami pedofilami. To wynurzenie nie spotkało się z żadną reakcją strony zamawiającej. Nikt też nie miał oporów, by prosić o wsparcie kogoś, kto pod koniec lat 60. doradzał organizatorom obozów dla dzieci i młodzieży, by krzewili świadomość seksualną, kwaterując uczestników w koedukacyjnych namiotach, i zadbali zawczasu, by mieli dostęp do środków antykoncepcyjnych. Organizatorzy posłuchali. Skończyło się na letnim wyjeździe dla 1700 osób od 8. do 23. roku życia, podczas którego pokazywano filmy pornograficzne. Rodzice nie byli zachwyceni, sprawa otarła się o skandal, ale Kentler dalej działał, głosił swoje teorie i w sumie do końca życia cieszył się sławą eksperta.
Za wiedzą i przyzwoleniem urzędników
Afera z pedofilami po raz pierwszy wyszła na jaw w 2013 r. za sprawą artykułu w tygodniku „Der Spiegel”. Dziennikarze domagali się od senatu Berlina wyjaśnień i zlecenia audytu, który miał przybliżyć kulisy sprawy. Pedofilskie schroniska dla nieletnich zakładane w Berlinie od 1969 r. nie działały poza systemem kontroli jugendamtów i senatu, ale za ich wiedzą i przyzwoleniem. A ponieważ działały legalnie w ramach obowiązującego systemu opieki nad nieletnimi, były finansowane ze środków publicznych analogicznie do zwykłych rodzin zastępczych. Debata na temat procederu sprzed czterech dekad (a który, jak pokazują przypadki Svena i Marka, trwał w najlepsze do lat 90.), w który była zamieszana rzesza urzędników, psychologów, seksuologów, a zapewne i polityków lokalnego szczebla, rozgorzała na dobre dopiero w 2016 r. Przyparty przez dziennikarzy do muru senat Berlina zlecił socjologom z Uniwersytetu w Getyndze wszczęcie naukowego śledztwa w sprawie. W listopadzie 2016 r. komisja naukowców pod kierownictwem dr Teresy Nentwing zaprezentowała 176-stronicowy raport końcowy. Zdaniem Nentwing „sprawa była porażająca”, ale nie mniej porażający jest z punktu widzenia dziennikarza czy historyka brak dokumentów, z których można by się dowiedzieć, kto personalnie stał za decyzją powierzania nastolatków w ręce pedofilów.
Prominentna siatka pedofilska
Nie wiadomo więc do końca, ilu chłopców poddano eksperymentowi i jakie były ich losy, na pewno wiadomo o co najmniej trzech przypadkach, ale to zdaniem badaczy wierzchołek góry lodowej. Jedyny namacalny trop w aferze prowadzi do Helmuta Kentlera, pomysłodawcy eksperymentu i jego najgorętszego orędownika. Kentler nawet po latach nie zdystansował się od teorii, iż „tylko pedofil może trzymać w ryzach niesfornych chłopców”, i zostawił po sobie raport podsumowujący rezultaty swojego projektu. Dlatego też zespół Teresy Nentwig z braku lepszego śladu postanowił skoncentrować się w swojej pracy właśnie na osobie Kentlera, by opierając się na jego publikacjach, odpowiedzieć na pytanie, do jakiego stopnia był on zaangażowany w lobbowanie na rzecz środowisk pedofilskich w Niemczech i jak gęsta i prominentna była to sieć. A mowa o wysoko postawionych uczestnikach zachodnioniemieckiego życia naukowego i publicznego, której ostatecznym celem było zalegalizowanie stosunków płciowych z dziećmi najpierw w latach 70., a następnie w połowie lat 80. Kentler w latach 70. występował nawet jako ekspert w tej sprawie przed Bundestagiem. Co ciekawe, wyjątkową powściągliwością w obliczu szokującego planu wykazali się wtedy politycy FDP. Samej legalizacji pedofilii domagano się pod pretekstem „wyzwolenia dzieci z jarzma antyseksualnej demagogii” i położenia kresu „zakłamaniu i zahamowaniom kapitalizmu, który zaszczepił w społeczeństwie obrzydzenie do seksualności najmłodszych tylko po to, by zwiększyć ich wydajność produkcyjną (!)”. Tak też o źródłach ochrony dzieci przed dewiacjami niektórych dorosłych wypowiadano się właśnie w duchu Wilhelma Reicha, austriackiego komunisty i prekursora tzw. proletariackiej polityki seksualnej.
Zamiast puenty
„Zaletą 13-letniego Ullricha była dobra prezencja i radość czerpana z seksu. Dzięki temu mógł się przynajmniej odwdzięczyć mężczyznom, którzy się nim opiekowali” – napisał prof. Kentler w raporcie końcowym swojego eksperymentu (1988), który ogłosił zresztą „pełnym sukcesem”. Ullrich był jednym z tych „niegrzecznych chłopców”, którzy lubili się włóczyć po dworcu Zoo. Kentler osobiście zadbał o to, by Ullrich trafił pod opiekę dozorcy kamienicy położonej nieopodal dworca, słynnego pedofila „Mamy Wintera”, znanego ze swojej słabości do trudnych chłopców. Chłopak spędził u niego cztery lata. Kentler z dumą podkreślał, że z nieuka i analfabety Ullrich wyrósł pod okiem Wintera na porządnego chłopaka, który nawet nauczył się czytać… komiksy. Pobyt Ullricha u pedofila skończył się – jak tłumaczył Kentler – z chwilą, gdy młody zainteresował się dziewczynami. „Mama Winter” nie mógł tego tolerować – czytamy.

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów gpcodziennie.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Interesuje Cię pakiet wielu subskrypcji? Napisz do nas redakcja@gpcodziennie.pl

W tym numerze