Czas na łuku Karpat

Podróże \ Mozaika sprzeczności i piękno, które trzeba zobaczyć na własne oczy

Podróże kształcą, mówi stare porzekadło. Jadąc do Rumunii przez Słowację i Węgry, sprawdziłem, że rzeczywiście tak jest, ale wojaże nie tylko przysparzają wiedzy o stronach, w których się wybieramy. Również o własnym kraju. Dowiedziałem się także, jak bardzo krzywdzące potrafią być stereotypy, i tego, dlaczego polscy fachowcy zawojowali zachodnią Europę. Odkryłem też, że nadal kury niosą jajka nie tylko na fermach, że masło można kupić na wagę, a cmentarz może być wesoły.
Do Rumunii?! Nie boisz się, że ukradną ci samochód? Drogi to oni mają kiepskie. A tylu tam Cyganów, nie boisz się, że cię okradną? Oni są jeszcze daleko za nami”. Takie mniej więcej zdania słyszałem, gdy mówiłem, że wybieram się do Rumunii. W tych pytaniach i stwierdzeniach nie było jednak wątpliwości, bo stereotypy cechuje bezwzględna pewność. Wjechawszy już do tego kraju, każdego dnia przekonywałem się, jak bardzo są to stereotypy krzywdzące. Drogi dobre, równe i przyzwoicie oznaczone, kwatery, gdzie przyszło mi mieszkać, czyste i wyposażone w to, co trzeba, a Rumunia jest po prostu przepięknym krajem z serdecznymi ludźmi. Oferuje tak wiele, że nie starczyłoby jednej książki, żeby to opisać.
Kasa i Casa
Polaków z Rumunami łączy wiele. Choćby kasa. U nas tylko kasa i kasa i u nich także, tyle że pisana przez „c”, no i casa oznacza dom. A casa w Rumunii jest bardzo różna. W miastach niezniszczone podczas wojny stare domy i kamienice, teraz skrupulatnie odnawiane, wyglądają pięknie, zwłaszcza nocą. W Oradei, Sybinie właśnie po zmroku, gdy włączana jest iluminacja miasta, wyglądały najefektowniej i najbardziej nostalgicznie zarazem. Jadąc przez wioski Siedmiogrodu, gęsto zabudowane, dom przy domu wzdłuż dróg, kryte prawdziwą ceramiczną dachówką, odnosi się wrażenie, że czas tu się zatrzymał. Jeszcze nie wszystkie domy odmalowane, ze zdobieniami, jeszcze z dachami, które od deszczu i słońca zmieniły barwę. Coraz więcej jednak pojawia się też blachodachówki, budynków, które pachną farbą. To ostatnie chwile, by zobaczyć Rumunię pomalowaną czasem, bo za moment będzie odmalowana farbą, o czym świadczy mnóstwo sklepów budowlanych. Ciekawe jest to, że w wielu miejscach atrakcyjnych turystycznie, jak Băile Tușnad, stoi dużo pustostanów. Budynków postawionych lata temu, ale także jeszcze niedawno. Niewykończonych, ziejących pustką. U nas już dawno zostałyby kupione i albo wykończone, albo zburzone i zastąpione innymi. Widać, że brak kapitału, który te pustostany by ożywił.
Nie ma tego kapitału, bo Rumunia jest krajem biedniejszym od Polski. Nie pojechało z Rumunii za chlebem dwa miliony na Zachód, tak jak Polaków. A to właśni ci zarobkowi emigranci odmienili oblicze polskiego Podlasia czy Podkarpacia. Jest jeszcze coś, co sprawia, że to Polacy, a nie Rumuni zawojowali rynek budowlany Zachodu. Polscy fachowcy są po prostu lepsi. Gdy się przyjrzeć wykończeniówce w Rumunii, widać, że tam nie przykłada się wagi do szczegółów. A to listwy niedocięte, a to źle przylegają, a to kostka ułożona wzdłuż, nie w poprzek, żeby jej nie docinać. Pięknie wykończone obniżenie stropu tarasu w naszej kwaterze w Pitești szpeci niedbale poprowadzona instalacja klimatyzacji. I w efekcie jest tak, że nawet ci, którzy mają pieniądze i inwestują, mimo włożonych funduszy nie mogą osiągnąć podobnego efektu jak u nas. Narzekamy na swoich fachowców, ale nasi by tak kostki na chodniku, jak widzieliśmy w Băile Tușnad, nie ułożyli. Tam za chwilę ta inwestycja się rozleci, bo w przerwach urosła trawa i kostkę w tym górskim kurorcie rozsadzi. Resztę dokonają woda i mróz.
Tam to jest „ho ho ho”
To wszystko pewnie sprawi, że modernizacja na zachodnią modłę w Rumunii nie przebiegnie tak szybko, jak u nas. Ale odniosłem wrażenie, że tak jest w dużej mierze na życzenie samych mieszkańców Rumunii czy wschodniej Słowacji. Nie ma tam bowiem takiej zachłanności, jaka cechuje nas. Polscy górale chyba by zwariowali, dowiadując się, że toalety są za darmo nawet przy jednej z najpiękniejszych dróg górskich świata, trasie transfogaraskiej. Wszak u nas pobierają opłaty za przejście ich działkami na Gubałówkę. W gospodach na Słowacji nikt od nas nie chciał centa za skorzystanie z przybytku, nawet gdy wchodziliśmy z ulicy. Nie spotkałem ani na Słowacji, ani na Węgrzech i wreszcie w Rumunii żadnego zachwalania jedzenia w stylu: schabowy XXL, duże porcje itp. U nas właśnie na to, że będzie duuużo, łapie się klientów. I potem w Wetlinie wala się cała kupa niedojedzonych bieszczadzkich placków, bo kto zeżarłby całego naleśnika o średnicy pół metra z bitą śmietaną i jagodami. Ale wielkość placków, a nie ich smak, do dziś robi za magnes dla klienteli. Nie oznacza to bynajmniej, że chciwość to nasza domena. W Săpâncie pani sprzedająca pamiątki skorzystała z okazji i podniosła w jednej chwili dwukrotnie cenę za gliniane naczynka, gdy zorientowała się, że chcemy je kupić.
To, co bezspornie nas łączy, mieszkańców tej części Europy, to kompleksy wobec zachodniej części kontynentu. W rozmowach wyraźnie to słychać. – Potrzebujemy lepszych dróg, więcej pieniędzy, więcej turystów – mówiła nasza gospodyni w Pitești. – O, Polska to piękny kraj, i papierosy macie tańsze – mówił kelner w przydrożnej restauracji. I było w tych rozmowach wypowiedziane nie wprost przekonanie, że tu jednak jeszcze jest zacofanie, że jest dużo biedniej i inaczej niż na Zachodzie, nawet w Polsce. Że „tam” to jest ho, ho! A tu jedynie tak sobie. To zauroczenie Zachodem było i jest u nas, ale u nas już chyba ustępuje. Zbyt wielu z nas zetknęło się z nim bezpośrednio, zbyt wielu pośrednio, przez rodzinę, znajomych, którzy tam pracowali lub pracują. I już wiemy, że nie jest ho, ho!
Zagadka metalowych flag
Poza zapatrzeniem na Zachód jest jeszcze coś, co nas i mieszkańców Karpat łączy. To historia tak trudna, tak skomplikowana, że powodująca, iż wzajemnie się nie znamy, choć mieszkamy tak blisko, i jesteśmy wobec siebie nieufni. – Do Rumunii? Tam Słowaków nie lubią. Na Węgrzech też. Dlaczego? Widocznie mamy zbyt mało pieniędzy – mówił nam właściciel maleńkiej gospody w Osadném na Słowacji. Chyba jednak nie tylko o pieniądze chodzi. Wszak Węgry straciły 2/3 swojego terytorium wskutek traktatu z Trianon i nadal uważają, że część Słowacji i duża Rumunii powinna do nich należeć. Rumunia podobnie myśli o Mołdawii. Ten historyczny wątek pozwolił mi chyba rozwiązać zagadkę blaszanych flag. Otóż przejeżdżając przez Siedmiogród (ale nie tylko), na latarniach widniały rumuńskie flagi. Były zrobione z blachy, więc tkwiły na tych latarniach na stałe, a nie tylko od święta. To podkreślanie rumuńskości miało miejsce w różnych formach, ale towarzyszyło stale w przestrzeni publicznej. I potrzebę tego podkreślania da się wytłumaczyć i zrozumieć, widząc dwujęzyczne tablice przy wjeździe do wielu miejscowości, słysząc, że dominuje węgierski, że taki Braszów ma drugą nazwę: Kronstadt. Siedmiogród, środek Rumunii, to mniejszości i Rumunia musi sobie z tym radzić.
We wspomnianym Braszowie, jednej z pereł Siedmiogrodu, nie zabawiliśmy długo, bo był weekend i tłok niemiłosierny. Poza rejestracjami aut z Braszowa dominowały te z Bukaresztu. Nie tylko tam zresztą. To taka cecha współczesnego świata, że mieszkańcy stolic i metropolii stają się turystami we własnym kraju. Dosłownie i w przenośni, bo nie wiedzą często, jak ich kraj wygląda naprawdę. W dużych miastach, stolicach zwłaszcza, są inne zarobki, inne zwyczaje, pogoń za karierą. Efekt jest taki, że miejsca, do których przyjeżdżają, stają się podobne do siebie bez względu na to, gdzie leżą, i tracą swój lokalny koloryt. Budynki są owszem inne, ale tak jak w Braszowie łatwiej było zjeść pizzę, włoską pastę niż ichnią mamałygę. Bo wiadomo, w stolicy kawa ze Starbucksa, kuchnia włoska, hamburgery albo kuchnia fusion. I miejsca takie jak Braszów przystosowują się do tych gustów. I dlatego z Braszowa szybko uciekliśmy. Najpierw do wspomnianego Băile Tușnad, potem do Vatra Doronei.
Sprzeczności
Podczas całej podróży towarzyszyła nam polityka. W tym roku Rumunia ma podwójne wybory – lokalne i parlamentarne. Jechaliśmy więc przez szpalery transparentów rozwieszonych między latarniami. Patrzyły z nich na nas często wąsate twarze, buzie czerwone i czerstwe. I było jasne, że kandydaci nie przechodzili nawet w pobliżu specjalistów od wizerunku. W Polsce polityka, nawet lokalna, mocno się sprofesjonalizowała, tam jest jeszcze mocno ludyczna i szczera, choć nie oznacza to, że uczciwa, o czym świadczą skandale korupcyjne. Na korupcji rosły fortuny prywatne i partyjne. Te szczere, rumiane twarze z transparentów, zapewniające o oddaniu, dla wspólnego dobra wsi, miasta czy kraju, kontrastowały z tym, co o Rumunii można przeczytać choćby w gazetach.
Kontrast to zresztą dobre słowo opisujące ten kraj. I nie chodzi o różnice w zamożności czy biedzie. Generalnie wszędzie spotkać można porządne auta, dobre drogi, zadbane obejścia. Oczywiście widać np. różnicę między miejscami, gdzie żyją Węgrzy i np. Romowie. Ale Romowie także żyją różnie. Widzieliśmy po drodze z Oradei do Sybina takie cygańskie pałace, że moja wyobraźnia nie była gotowa przyjąć do wiadomości tak finezyjnych i kolorowych dachów przepysznych budynków. I widzieliśmy osadę Cyganów w górach – otoczone czarną folią drewniane szkielety z prymitywnymi drzwiami.
Mówiąc o kontrastach, mam na myśli raczej sprzeczność między pięknem a brzydotą. Rzecz w tym, że Rumunia oferuje piękno co chwila. To kraj do pokonania na piechotę, bo jadąc autem, człowiek chce co chwilę się zatrzymać i patrzeć. Jadąc trasą transfogaraską, drogą z Pitești do Braszowa i potem jeszcze dalej z Vatra Doronei do Baia Sprie, widoki, przestrzeń są takie, że zostają tylko w człowieku, który je widział. Nie sposób ich opisać czy oddać za pomocą zdjęć. A wystarczy się zatrzymać na poboczu w dowolnym miejscu, by zobaczyć, że wszędzie, ale to wszędzie jest kupa śmieci. Tak jakby wszystkie przejeżdżające auta wyrzucały z siebie niepotrzebną pasażerom zawartość. To kontrastuje nie tylko z pięknem, lecz także czystością, jaką się zastaje, dojeżdżając na nocleg, w restauracjach, na stacjach benzynowych. Obywatele Rumunii, zróbcie ogólnokrajową ściepę na kosze na śmieci, akcję propagandową w telewizji i walczcie z zaśmiecaniem własnego kraju przez was samych!
Mądre psy i śmietana z garnca
Nikt nie jest doskonały, jak wiemy z filmu „Pół żartem, pół serio”. Dlatego te zaśmiecone pobocza są jedynie rysą na obrazie, jaki wywiozłem z Rumunii. Pół żartem, pół serio napiszę, że nigdzie nie wiedziałem tak mądrych psów. Przy drogach łazi sporo bezpańskich piesków, ale zdecydowana większość porusza się wzdłuż dróg, stając się godnymi uczestnikami ruchu. Trzeba uważać także na krowy włóczące się po jezdni. One po prostu przemieszczają się z pastwiska na pastwisko. To wciąż pasterski kraj. Widząc krowy na zboczach gór, można sobie wyobrazić, jak kiedyś wyglądało to w naszych Bieszczadach. Wszak połoniny wyjadły krówki. Poza wyobraźnią rumuńskie krowy dają wyśmienite mleko, o czym przekonaliśmy się w Vatra Doronei, gdzie przy targu były sklepiki sprzedające nie tylko sery, lecz także masło na wagę i śmietanę z garnca. Patrząc na rumuńską wieś, przyszło mi do głowy, że w Polsce kolektywizacja rolnictwa udała się po upadku komunizmu. Ja wiem, że rolnictwo towarowe ma sens ekonomiczny, ale zmieniło naszą prowincję społecznie, zmieniło jej klimat. W Rumunii nadal w gospodarstwach są świnki, kurki i naprawdę przeżyciem jest usłyszeć przy ruchliwej drodze gdakanie kury oznajmiającej, że właśnie zniosła jajko. To wszystko na polskiej wsi jest coraz rzadsze.
Na koniec podróży po Rumunii dotarliśmy na cmentarz. Wesoły cmentarz. Został usytuowany w Săpâncie, tuż przy granicy z Ukrainą. Dzieło pomysłu jednego człowieka, który ma tu także swój nagrobek. A nie są to zwykłe nagrobki. Każdy ręcznie rzeźbiony w drewnie, każdy barwny i każdy opatrzony scenką z życia lub śmierci danej osoby. Całość robi rzeczywiście wesołe wrażenie, tym bardziej że rzeźbiarze nie szczędzili humoru w przedstawianiu owych scenek. Jest więc pan, który prowadził frywolny tryb życia, o czym świadczy fakt, że tańczy z pewnością „pod wpływem”, co obrazuje flaszka stojąca u stóp. Są panie, które robią skarpety na drutach, są górnicy fedrujący przodek i pani siedząca przy wieży Eiffla, co niechybnie świadczy o tym, że była w Paryżu. Widać więc na tym cmentarzu, jak różnorodne bywa życie i jednocześnie jak kruche, jak warto dbać o to, by czas nie za szybko nam uciekał.
I właśnie czas i jego odczucie jest tym, czego najbardziej doświadczyłem nie tylko w Rumunii, lecz także na Słowacji i na Węgrzech. Biegnie wolniej. To tylko wrażenie, ale poparte wewnętrznym przeczuciem, że nasi bliżsi i dalsi południowi sąsiedzi nie dali się tak jak my zaprząc do kieratu. Są może materialnie nie tak bogaci, ale czy ubożsi? Moim zdaniem nie. To, że na drogach Rumunii jeszcze pojawiają się furmanki, sprawia, że dodaje to jej kolorytu, a nie świadczy o zacofaniu. Tak jak to, że miałem okazję zobaczyć cygański tabor i pijące z rzeki konie. Czy niedźwiedzie przy drodze. To, że gospoda w Osadném na Słowacji nie ma akrylowego tynku, nie zmienia faktu, że jest drugim domem dla mieszkańców tej wsi, zgodnie z ich stylem życia. I mam wrażenie, że odkryli prawdę, iż modernizacja nie jest warta tego, by dla niej z tego stylu życia rezygnować.

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów gpcodziennie.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Interesuje Cię pakiet wielu subskrypcji? Napisz do nas redakcja@gpcodziennie.pl