Lepsze Auschwitz niż banderowcy

Numer 345 - 25.10.2012Kresy

Polacy tłumnie rzucili się w stronę niemieckich żandarmów pilnujących pociągu. Błagali, by pozwolili im tym pociągiem odjechać. Wszystko jedno gdzie, nawet do obozów koncentracyjnych, i tak był to los o wiele lepszy od tego, który szykowali im ukraińscy sąsiedzi.
Damian Szymczak
To wydarzenie miało miejsce w drugiej połowie lipca 1943 r. w pobliżu miejscowości Rafałówka na Wołyniu. Do Rafałówki uciekali Polacy z okolicznych wsi. Ci, którym udało się zbiec, nie zostali zmasakrowani przez ukraińskich bandytów. W polu stał pociąg, uciekinierzy zaczęli się wpychać do bydlęcych wagonów. Niemieccy żandarmi nie mieli wiele do roboty, pozamykali ich w środku, a później skład ruszył w kierunku zachodnim. Jak się okazało, dla wielu osób oznaczało to ocalenie.
Ojczyzna za zachodnim brzegiem Bugu
Janina Zimirska miała wtedy zaledwie roczek. Znalazła się w tym transporcie z ojcem i matką, która była w dziewiątym miesiącu ciąży. Pociąg powoli jechał na zachód. Stłoczeni w nim Polacy patrzyli, jak za okienkami wagonów pozostaje ich kraj. Zbliżali się do Niemiec. Po drodze wysadzono rodzącą kobietę, mamę pani Janiny. Urodziła zdrową córeczkę, z którą dołączyła później do męża i starszej córki. Trafili do wioski Ballrechten położonej w niemieckich Alpach, tuż przy granicy ze Szwajcarią.
– Rodzice pomagali tam prowadzić gospodarstwo kobiecie, której mąż walczył na froncie wschodnim. Biorąc pod uwagę warunki wojenne, byli z tego bardzo zadowoleni. Tym bardziej że pracowali u porządnej kobiety – opowiada Janina Zimirska.
Ta część Niemiec wiosną 1945 r. znalazła się we francuskiej strefie okupacyjnej. Rodzice pani Janiny zastanawiali się, czy emigrować na Zachód, czy wrócić do Polski. Przy czym Polska to była dla nich rodzinna wieś na Wołyniu – Głęboczek. Zdecydowali się na powrót, daleko jednak nie zajechali. Już na polskim terytorium dowiedzieli się, że za Bug nikogo nie puszczają. Zdecydowali się na kierunek zachodni. Ostatecznie trafili do wsi Wilczyn pod Głogowem, w której zamieszkali. Tam pani Janina mieszka do dziś.
Musiała to spisać
Ukończyła liceum pedagogiczne, lecz całe życie pracowała w sklepach w okolicznych miejscowościach. Pod koniec lat 90. przeszła na rentę. Troje jej dzieci było już dorosłych, miała więc sporo czasu. Postanowiła zacząć realizować swoją pasję, którą było pisanie. I tak spod jej pióra zaczęły wychodzić bajki dla dzieci, wiersze i opowiadania tematycznie powiązane z lokalnymi legendami. Większość z nich wydaje miejscowa fundacja.
Janina Zimirska miała jeszcze jedno wielkie marzenie. – W moim domu zawsze i wielokrotnie opowiadano o tym, co Ukraińcy wyprawiali na Wołyniu – wspomina. – Opowiadali o tym moi rodzice, krewni, goście, którzy nas odwiedzali. Co więcej, kilka rodzin, które mieszkają w Wilczynie, także pochodzi z Głęboczka. A ja te wszystkie wspomnienia dosłownie chłonęłam, notowałam w pamięci. Zastanawiałam się, jak jedni ludzie mogli to zrobić innym ludziom. Może dlatego wszystko tak dobrze pamiętałam.
Wiedziała, że musi to spisać. Wreszcie uznała, że jest do tego gotowa. Usiadła do komputera pod koniec ubiegłego roku. Pracowała przez ponad trzy miesiące, dzień w dzień, niejednokrotnie od rana do wieczora. Skończyła przed minionymi świętami Wielkiej Nocy. Zaczęła szukać wydawcy. Na szczęście znalazł się szybko, została nim Warszawska Firma Wydawnicza



zawartość zablokowana

Autor: Damian Szymczak


Pozostało 51% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się