Kresowi wygnańcy

MIGRACJA \ W DRODZE DO NOWEJ OJCZYZNY

Numer 853 - 03.07.2014Kresy

Do 1948 r. na tereny komunistycznej Polski – leżącej teraz w granicach między Odrą a Bugiem – przybyło ok. 3,8 mln osób. Z tej liczby 2,2 mln było repatriantami z zachodu i południa Europy, wraz z nimi przybyło ok. 260 tys. naszych rodaków mających za sobą zesłanie do syberyjskich ostępów Związku Sowieckiego. Migracja objęła również tę wewnętrzną falę, zmierzającą na tzw. Ziemie Odzyskane. Trafiło na nie ponad milion mieszkańców dawnych Kresów Wschodnich Rzeczypospolitej.
To właśnie na ziemiach odebranych Niemcom po zakończeniu II wojny światowej przyszło żyć i pracować ogromnej rzeszy lwowiaków, mieszkańców Wilna, Łucka, Stanisławowa oraz tysięcy innych, pozostawionych Sowietom polskich miast i wsi. Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego dekretem z 7 października 1944 r. ustanowił Państwowy Urząd Repatriacyjny (PUR), instytucję, której zadaniem były: organizacja przesiedleń „ludności polskiej z terenu innych państw na terytorium państwa polskiego, regulowanie planowego napływu migrantów, zapewnienie opieki sanitarno-żywnościowej podczas przeprowadzanej akcji osadniczej, prowadzenie pomocy migrantom w zakresie odbudowy warsztatów pracy, a także popieranie w kraju i za granicą działalności organizacji społecznych, których celem była pomoc emigrantom oraz opieka nad nimi”.
Kierunek: Zachód
Cennym źródłem dla historyków są wspomnienia przymusowych przesiedleńców z tego okresu. Opisują oni wydarzenia, które komuniści za wszelką cenę starali się wymazać ze zbiorowej pamięci Polaków. Przymusowa akcja przesiedleńcza, łącząca się z dramatem tysięcy rodzin polskich wygnańców, zgodnie z oficjalną linią propagandy została określona mianem „repatriacji”. W rzeczywistości Sowieci niejednokrotnie przekonywali Polaków do opuszczenia ojcowizn słowami: „Albo wyjeżdżasz do Polski, albo na Dalnyj Wastok [Daleki Wschód]!”.
Ci, którzy przygotowywali się do wywózki, zaczynali od wyprzedaży majątku. Następnie przygotowywali to, co mieli zabrać do nowego miejsca osiedlenia. Podstawowymi rzeczami, które zabierali przesiedleńcy, były fotografie, dokumenty, książki oraz religijne pamiątki. Następny był prowiant, najczęściej suszony chleb. Zabierano również ze sobą koce i pierzyny, zimowe okrycia oraz narzędzia pracy. Wszystko to pakowane było do specjalnie przygotowanych skrzyń.
Zanim transport ruszył na Zachód, wygnańcy koczowali na dworcach. Tak chwile te zapamiętał jeden z wywiezionych, pan Leszek Gruszczyński: „Po dwóch tygodniach oczekiwania na dworcu we Lwowie podstawiono wagony: te 60-tonowe, na węgiel. W jednym wagonie było 17 rodzin, łącznie 50 kilka osób! Toboły były pod samą górę. Ja cały czas siedziałem na górze na samej krawędzi. Jechaliśmy trzy dni. Zatrzymywaliśmy się trzy razy. […] Gdy po drodze pociąg się gdzieś zatrzymywał, to wszyscy wysiadali, aby rozprostować kości. Tak dojechaliśmy do Katowic-Ligoty”.
W tych warunkach wygnańcy musieli sobie radzić z przygotowaniem posiłków, zazwyczaj składających się z ryżu lub kaszy. Czasem przyrządzano je na małych piecykach, zwykle jednak na spirytusowych palnikach zwanych prymusami. Podobnie spartańskie warunki czekały na chcących skorzystać z toalety. Stanowiło ją wiadro ustawione w rogu wagonu, niekiedy kącik ten był przesłonięty zasłoną.
Inny świadek tych dni Stanisława Skowronek wspomina: „ […] przystanek był w Bieżanowie pod Krakowem, […] staliśmy dość długo. Tam też był punkt, gdzie wydawali coś ciepłego. Poszłyśmy tam z mamą, a gdy wróciłyśmy, naszego pociągu już nie było. […] pewnie przez ten długotrwały stres nawet się nie rozpłakałam. Moja mama […] była wręcz przerażona



zawartość zablokowana

Autor: Paweł Wiejaczka


Pozostało 50% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się














#DziękujeMyZaOdwagę
reklama