Ewa Kopacz uciekła przed pielęgniarkami

Fot.Tomasz Hamrat/Gazeta Polska
Fot.Tomasz Hamrat/Gazeta Polska

PROTEST \ DEMONSTRACJA W WARSZAWIE, PREMIER W KRYNICY

Ponad 10 tys. pielęgniarek i położnych protestowało wczoraj przed Kancelarią Premiera i Sejmem. Domagały się podwyżek płac oraz poprawy warunków pracy. – Jesteśmy tu także dlatego, że zależy nam na dobru pacjentów. Jest nas coraz mniej, jesteśmy coraz starsze, wiele naszych koleżanek wyjechało za granicę. Jak tak dalej pójdzie, zabraknie nas przy łóżkach chorych – przekonywały. Tak licznego protestu nie było w Warszawie już dawno. Pielęgniarki w białych fartuchach i czepkach na głowach wypełniały szczelnie ulice od Kancelarii Premiera po Sejm. Kobiety przyjechały do stolicy w odruchu desperacji. Negocjacje, które związki prowadziły z rządem w celu poprawy warunków płacowych, spełzły na niczym. W środę Ministerstwo Zdrowia powiedziało ostatnie słowo – średnio 300 zł podwyżki brutto (co oznacza niecałe 200 zł netto) dla każdej. Gwarancje podwyżki obejmowały zaledwie 10 miesięcy. Pielęgniarki na to się nie zgodziły. Domagały się wzrostu pensji o 1500 zł w ciągu trzech lat. – Nasze zarobki nie dają nam żadnej przyszłości. Zarabiamy od 1500 do 2000 zł. To zniechęca również nasze młodsze koleżanki, które nie chcą podejmować tego ciężkiego, niewdzięcznego zawodu – powiedziała „Codziennej” uczestnicząca w demonstracji Marzena Orbak z Samodzielnego Zakładu Publicznej Opieki Zdrowotnej w Olsztynie. – Pracuję ponad swoje siły, a ledwie mi starcza na życie. Mam dzieci w wieku szkolnym, którym trzeba było kupić podręczniki. Zarabiam tak mało, że zalegam nawet ze spłatą kredytu. Tak dalej już nie mogę – żaliła się Ewelina Mazur ze Szpitala Rejonowego w Ostaszowie. A Dorota Jarek, która od 20 lat pracuje w szpitalu w Grójcu, przypomniała, że ostatnią podwyżkę dostała za rządów PiS u. Protestujące pielęgniarki i położne chciały złożyć petycję na ręce szefowej rządu Ewy Kopacz. Premier jednak nie było. Wyjechała na spotkanie z biznesmenami do Krynicy. Do sióstr wyszedł za to minister zdrowia Marian Zembala. Początkowo tłumaczył, że nie ma pieniędzy na wzrost płac na poziomie postulowanym przez związki zawodowe. Sugerował, że realizacja żądań białego personelu oznaczałaby uszczuplenie wydatków przeznaczonych na leczenie. Jednak niespełna godzinę później, kiedy protest przeniósł się przed Sejm, prof. Zembala ogłosił, że da pielęgniarkom nie 1500 zł, ale 1600 zł rozłożone na cztery lata. Kobiety jednak nie uwierzyły w słowa ministra. Przyjęły je buczeniem i krzykiem. – To tylko niewiążąca obietnica – zwróciła uwagę jedna z nich. Zembala zaprosił przedstawicieli związku na wtorek do ministerstwa. Rzucił, że ulica nie jest miejscem do rozmów.
     

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów gpcodziennie.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gpcodziennie.pl

W tym numerze