Inni ludzie na ulicach Warszawy

numer 1789 - 01.08.2017Publicystyka

Działo się tak już za komuny, dzieje się tak i teraz. Robili to nawet słuchacze przyciężkawych wykładów o marksizmie, dziś robią to klienci hipsterskich kawiarni na placu Zbawiciela. I patrioci, tak jak zawsze. Cała Warszawa staje 1 sierpnia o 17.00, a na ulicach miasta pojawiają się ludzie inni niż zawsze.

Jakkolwiek męczy to garstkę ludzi ze skrajnego lewa i skrajnego prawa, Powstanie Warszawskie jest dziś mitem nie do obalenia. Musiał mu oddać pokłon Andrzej Wajda, choć żołnierzy Armii Krajowej chciał ukryć w „Kanale”, muszą przed nimi nisko schylać się wszyscy warszawscy politycy, jeśli nie chcą narazić się na gniew mieszkańców stolicy. Budowa Muzeum Powstania Warszawskiego w 2004 r. była przełomem w dziejach polskiego muzealnictwa, a także w dziejach polskiej polityki – to wtedy prezydent Warszawy Lech Kaczyński zaczął się stawać prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej. Nikt już nie podważy ducha, którego obudziło powstanie dekady po swoim upadku.

Niech sobie Amerykanie nie myślą 

„Nigdy nie czytałem »Kamieni na szaniec«” – z prowokacyjnym uśmiechem przechwalał się Wiktor Matulewicz, pseudonim Luksor. „Bo każdy szczegół znałem z autopsji lub z relacji głównych bohaterów”. „Luksor” zmarł w 2011 r., ale pozostawił po sobie tysiące słuchaczy, w których głowach odcisnął piętno polskich cnót – honoru, humoru, odwagi. Spotkałem go kiedyś na przystanku autobusowym w Łodzi, ale był tak czymś rozgniewany, że nie poznał mnie od razu. Pokazał mi kopertę z dolarami: „Zobacz! Amerykanie zaprosili mnie na wykład i zapłacili mi za opowiadanie o Powstaniu Warszawskim! Mnie! Za Powstanie Warszawskie?!”. „Więc, co zamierza pan zrobić?” – spytałem. „Właśnie jadę do Caritasu, wszystko tam wpłacę i wyślę pokwitowanie Amerykanom, żeby sobie nie myśleli, że Polak może brać pieniądze za głoszenie chwały własnej ojczyzny!”.

W czasach finansowych karier, marketingu i public relations oburzenie „Luksora” brzmiało jak słowa z innego świata – bo faktycznie świat tamtych wartości mało się mieści w rozważaniach nad dzisiejszą Polską. 

Powstańcy wychowują kolejnych powstańców

Gen. Janusz Brochwicz-Lewiński „Gryf” opowiadał kiedyś, że jako dziecko uczestniczył w spotkaniu urodzinowym marszałka Józefa Piłsudskiego w Belwederze w 1933 r. „Byli tam także powstańcy styczniowi – wspominał kombatant. Wszyscy byli ubrani w staroświeckie surduty mundurowe, każdy przynajmniej w stopniu podporucznika”. Gryf opowiadał, że ten epizod pozostał mu w pamięci i wywarł na nim wielkie wrażenie, a przypomnijmy, że sam Janusz Brochwicz-Lewiński wywierał potem wrażenie na uczestnikach powstania, a w wolnej Polsce stał się ikoną postawy niepodległościowej. To w jego oddziale poległa córka Melchiora Wańkowicza „Krysia”, przez co gen. Brochwicz-Lewiński został uwieczniony na kartach „Ziela na kraterze”. „Jest podobno jeden jedyny człowiek, który wie, gdzie Krysia leży, który ją pochował. To – Gryf, jej dowódca, który wtedy do tych siedmiu poległych zawrócił, który zdjął własną kurtkę i okrył ciało poległej, który podobno ich wszystkich zdążył pochować” – wspominali uczestnicy walk



zawartość zablokowana

Autor: Jakub Augustyn Maciejewski


Pozostało 51% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się