Feministki robią z siebie ofiary

Fot. Marcin Pegaz
Fot. Marcin Pegaz

POLSKA \ Bezsensowne akcje

Nie dożyję czasów, gdy w Polsce kobiety będą miały te same prawa co mężczyźni – grzmią od kilku dni celebryci i internetowi influencerzy. Ich przekaz puszczany jest w najróżniejszych mediach. A to w ramach akcji #nieczekam107lat, mającej wmówić kobietom, że w kraju dzieje im się krzywda. Jak jest naprawdę? Czy Polki są dyskryminowane?

Jeśli tak, to mam wrażenie, że inicjatorzy kampanii – Ofeminin.pl, „Forbes Women” – żyją w innej Polsce, widzą, słyszą i doświadczają czego innego. W akcji chodzi o to, by zwrócić uwagę na rzekomy brak równości kobiet i mężczyzn w kraju głównie pod względem prawnym, społecznym, ekonomicznym. Tej, według raportu Global Gender Gap Report z 2020 r., na którym opiera się cała kampania, nie ma. Zgodnie z danymi GGGR kobiety będą w Polsce równo traktowane dopiero w 2128 r., czyli za 107 lat, czego gwiazdy reprezentujące kampanię mają „nie dożyć”. Należą do nich dziennikarka Odeta Moro, aktorzy Mateusz Damięcki i Borys Szyc, piosenkarka Margaret czy trenerka fitness Ewa Chodakowska.

Alternatywna rzeczywistość

„Możesz poczekać lub zacząć zmiany już dziś! Nierówności widać w wielu obszarach naszego życia. Dotyczą nie tylko pracy, awansu, zarobków, lecz także kwestii prywatnych. Nierówność w jednym obszarze ma wpływ na inne. Na przykład obciążenie kobiet obowiązkami domowymi i rodzicielskimi wpływa na ich pozycję na rynku pracy” – przestrzegają organizatorzy akcji na swojej stronie internetowej, jednocześnie – co trzeba podkreślić – mijając się z rzeczywistością.

Bo jak wygląda na co dzień dyskryminacja Polek? Podział obowiązków domowych i rodzicielskich w każdym domu jest inny, uzależniony od wielu czynników, a wyznaczają go razem osoby mieszkające ze sobą. To jasne. Co natomiast z ogólną sytuacją prawną, społeczną i ekonomiczną? Artykuły 32 i 33 Konstytucji RP mówią: „wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne. Nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny”, a „kobieta i mężczyzna w Rzeczypospolitej Polskiej mają równe prawa w życiu rodzinnym, politycznym, społecznym i gospodarczym. (…) mają w szczególności równe prawo do kształcenia, zatrudnienia i awansów, do jednakowego wynagradzania za pracę jednakowej wartości, do zabezpieczenia społecznego oraz do zajmowania stanowisk, pełnienia funkcji oraz uzyskiwania godności publicznych i odznaczeń”.

O co warto walczyć?

Okazuje się więc, że kobiety mają zagwarantowaną nie tylko równość wobec prawa, ale również teoretycznie ekonomiczną i społeczną. Pod względem ekonomicznym płeć piękna w Polsce radzi sobie dobrze także według danych Unii Europejskiej. Z informacji opublikowanych przez Parlament Europejski w ub.r. wynika, że w naszym kraju luka płacowa między kobietami a mężczyznami jest jedną z najniższych w całej wspólnocie. Średnia luka w państwach członkowskich wynosi 15 proc., a w Polsce 8,8 proc. Jeśli chodzi o płaszczyznę społeczną, w naszym kraju – dzięki przede wszystkim religii katolickiej i kultowi Matki Bożej – kobieta od wieków była obdarzana szczególnym szacunkiem. Również i dziś tak jest. Świadczą o tym chociażby takie gesty mężczyzn wykonywane na co dzień względem kobiet, jak całowanie w rękę przy powitaniu, otworzenie czy przytrzymanie drzwi, ustąpienie miejsca, pomoc w noszeniu zakupów. W wyjątkowy sposób traktuje się też w naszej kulturze macierzyństwo. Stąd tyle programów społecznych mających pomóc matkom, akcji wspierających kobiety w ciąży i kampanii pro-life chroniących nienarodzone dzieci oraz ich matki. Wiadomo, że zawsze mogłoby być lepiej – rozróżnienia na płeć w wynagrodzeniu w pracy mogłoby w ogóle nie być, a kobiety mogłyby otrzymywać większą kwotę minimalnego macierzyńskiego. O to warto walczyć.

Nie jest więc idealnie, ale przecież nigdzie nie jest. Nie można więc mówić o dyskryminacji kobiet w Polsce. W niektórych kwestiach to płeć piękna jest uprzywilejowana. Nie słychać, by mężczyźni skarżyli się, że wymaga się od, by byli głównymi, czasem jedynymi żywicielami rodziny.

Dali się nabrać albo przekupić

O co więc chodzi? Dlaczego tak próbuje się wmówić kobietom, że dzieje im się krzywda? Być może chodzi o zrzucenie odpowiedzialności. Te same feministki, które walczą o prawa kobiet, dyskryminują kobiety. Odrzucają męską pomoc, to że ktoś na nie zarabia, otwiera drzwi, pomaga nieść zakupy. Czyli same siebie zrzucają z uprzywilejowanej pozycji. Najbardziej dosadnym przykładem własnej dyskryminacji jest walka obrończyń płci pięknej o zabijanie tych najbardziej bezbronnych, najmłodszych kobiet w ramach aborcji.

Coś w kampanii #nieczekam107lat mocno nie gra. Jej przekaz pozbawiony jest merytoryki. Jeśli jednak przyjrzeć się bliżej tej akcji, wszystko zaczyna być jasne. Kampanię zainaugurowali Ofeminin.pl, „Forbes Women”, czyli media, których wydawcą jest szwajcarsko-niemiecki koncern Ringier Axel Springer. W Polsce wydaje również m.in. „Newsweek” czy „Fakt”, lewicową prasę niezbyt przychylną Polsce. Dlatego też naszemu państwu w tej akcji się dostało. Celebryci i influencerzy, którzy mówią do kamery, jak jest źle, dali się nabrać albo... przekupić.

     

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów gpcodziennie.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gpcodziennie.pl

W tym numerze