Wspólnie dla polskiej siatkówki

Fot. Zbyszek Kaczmarek
Fot. Zbyszek Kaczmarek

WYWIAD \ Z RYSZARDEM CZARNECKIM rozmawia KRZYSZTOF OLIWA

W wyborach na prezesa PZPS wystartuje aż siedmiu kandydatów. To najlepsza recenzja nie najlepszych rządów obecnego szefa związku Jacka Kasprzyka. Wierzę w to, że będę mógł służyć polskiej siatkówce – mówi w rozmowie z „Codzienną” Ryszard Czarnecki, europoseł i kandydat na nowego prezesa PZPS w wyborach, które odbędą się podczas zjazdu 27 i 28 września.

Czy mistrzostwa Europy to dobry moment na prowadzenie kampanii wyborczej?

W czasie meczów wszyscy skupiamy się na kibicowaniu Biało-Czerwonym, ale nie da się ukryć, że w kuluarach ten temat jest mocno obecny. Dużo się o tym mówi. Szkoda, że przeforsowano taki właśnie termin wyborów. To już czwarty termin. Początkowo miały się odbyć w czerwcu 2020 r., potem w czerwcu br., następnie parę tygodni temu, ostatecznie odbędą się rok i kwartał po przyjętej wcześniej dacie. I rzeczywiście szkoda, że kampania zahacza o mistrzostwa Europy.

Zaplanowane na 28 września wybory będą wyjątkowe. Po raz pierwszy w historii startuje aż siedmiu kandydatów. 

To najlepsza ocena obecnego prezesa Jacka Kasprzyka. Ale to także pokazuje, jak bardzo ważny to związek. Nazwiska większości kandydatów pokazują, że dobro siatkówki leży na sercu wielu osobom silnie związanym z tą dyscypliną. 

Wiele wskazuje na to, że do dnia wyborów część kandydatów się wycofa. Pan może liczyć na poparcie trzech z nich.

Jestem po rozmowach z Konradem Piechockim, Witoldem Romanem i Andrzejem Lemkiem. Łączy nas podobne spojrzenie na problemy polskiej siatkówki, ale żadne decyzje do tej pory nie zapadły. 

Ostrych słów pod Pana adresem nie unika urzędujący prezes Jacek Kasprzyk. To pomiędzy nim a Panem rozegra się rywalizacja o fotel szefa PZPS?

Faktycznie, pan Kasprzyk poświęca mi sporo czasu i uwagi. Nie skupiam się na tym. Koncentruję się na programie dla polskiej siatkówki na najbliższe lata.

Kasprzyk uważa, że stanowiska prezesa PZPS to dla Pana miękkie lądowanie, bo stracił Pan wpływy jako polityk Prawa i Sprawiedliwości.

Właśnie zostałem mianowany pełnomocnikiem Prawa i Sprawiedliwości ds. sportu – to tak à propos tych jego bajek. Źle, jak ktoś sprawujący taką funkcję, nie rozumie świata polityki, bo prezes tak dużej organizacji powinien przynajmniej znać mechanizmy, które mogą pomóc jego dyscyplinie. To ważna umiejętność. Spotkałem się niedawno z prezesem Jarosławem Kaczyńskim. Pamiątką z tego spotkania jest słynne już zdjęcie szefa PiS z piłką siatkową. Nie chodziło jednak o same gesty i fotografie, które popularyzują nasz sport. Dużo rozmawialiśmy o finansowaniu sportu, w tym także siatkówki. Na pewno to ważne w kontekście negocjowania umów sponsorskich dla PZPS i innych związków sportowych.

Prezes Kasprzyk zarzucił Panu, że przez swoje nieformalne wpływy zablokował Pan PZPS-owi podpisanie umowy z jedną ze spółek skarbu państwa, która miała zostać sponsorem mistrzostw Europy.

Trudno nie dopatrzeć się tutaj braku logiki ze strony prezesa. Z jednej strony mówi, że moja pozycja w polityce słabnie, z drugiej, że jestem w stanie wpłynąć na to, aby reklamodawcy nie wiązali się z PZPS. Przypomnę, że po tym, jak do zarządu federacji zostałem wybrany w 2018 r., zresztą jednogłośnie w tajnym głosowaniu, udało się utrzymać Orlen jako głównego sponsora związku, choć wcześniej nosił się on z zamiarem wyjścia ze sponsoringu. Następnie pozyskałem bardzo wielu sponsorów państwowych i częściowo prywatnych dla polskiej siatkówki. Jest więc wręcz przeciwnie. 

No właśnie, co udało się osiągnąć wiceprezesowi Czarneckiemu?

Przede wszystkim przekonaliśmy Orlen do tego, aby nie tylko pozostał przy siatkówce, ale jeszcze zwiększył swoje zaangażowanie. A trzeba pamiętać, że trzy lata temu koncern był bardzo bliski podjęcia decyzji o całkowitym wycofaniu się z PZPS. Przypomnę też, że premier Mateusz Morawiecki przeznaczył rekordową nagrodę – 15 mln zł – dla siatkarzy po wywalczeniu przez nich złotego medalu mistrzostw świata. W tym roku rząd sfinansował w całości opłatę licencyjną do CEV za organizację mistrzostw Europy. A to była duża kwota – prawie 5,5 mln zł. Nie działo się to przypadkiem i cieszę się, że byłem w istotny sposób zaangażowany w proces decyzyjny. Za takimi sprawami trzeba się „nachodzić”, odbyć mnóstwo rozmów z przedstawicielami KPRM, resortu odpowiedzialnego za sport, aktywów państwowych. Pieniądze to nie biblijna manna: nie spadają z nieba. Oczywiście można myśleć, że środki i pozytywne decyzje załatwiają krasnoludki i sierotka Marysia. Ale to słabe.

Kolejny zarzut – Czarnecki jest europosłem, więc jak zostanie prezesem to będzie rządził federacją z Brukseli.

Bzdura. Mandat europosła łączę z funkcją wiceprezesa, nikomu to dotychczas nie przeszkadzało. Przy dobrej organizacji pracy nie stanowi to najmniejszego problemu. Do tego fakt, że jestem europosłem, jest znaczący w rozmowach z CEV i FIVB. Niemal każda moja rozmowa z szefem europejskiej siatkówki Serbem Aleksandarem Boriciciem schodzi na temat akcesji jego kraju do UE. Warto z najważniejszymi ludźmi siatkówki rozmawiać nie tylko o sporcie.

Jedną z pierwszych decyzji nowego prezesa będzie wybór trenera męskiej kadry. Vital Heynen powinien pozostać na stanowisku?

Jeszcze trwają mistrzostwa Europy, więc jestem absolutnie przeciwny jakimkolwiek dywagacjom personalnym na ten temat. Powinniśmy zorganizować konkurs, w którym jasno określimy kryteria.

Czy jednym z nich będzie zakaz łączenia pracy w klubie i reprezentacji?

Dogmatyzm nie ma najmniejszego sensu. Każdy przypadek trzeba traktować indywidualnie. 

Porozmawiajmy teraz o kadrze kobiet. Panie także startowały w mistrzostwach Europy, kończąc swoją przygodę na ćwierćfinale. To rozczarowanie?

Na pewno, jeśli chodzi o wyniki, jest gorzej niż przed pandemią. Przed dwoma laty na ME byliśmy w pierwszej czwórce, z kolei Ligę Narodów skończyliśmy na piątym miejscu. Na pewno wszyscy czują niedosyt, który wzmaga jeszcze to, że za rok odbędą się mistrzostwa świata organizowane przez Polskę i Niderlandy. Sukces sportowy będzie niezwykle istotny. Wtedy żeńska kadra wreszcie mogłaby wyjść z cienia złotek (mistrzyń Europy z lat 2003 i 2005 – przyp. red.). Na pewno w kadrze muszą grać najlepsze zawodniczki.

W środę po południu Jacek Nawrocki podał się do dymisji…

Trenerowi Nawrockiemu dziękujemy za sześć lat jego pracy. Po dziesięciu latach powróciliśmy w 2019 r. do ścisłej czołówki europejskiej. Wprowadził do kadry wiele młodych zawodniczek. Życzymy mu powodzenia w Chemiku Police.

Kto poprowadzi kadrę w jego miejsce? Czy będzie rozpisany konkurs? 

Powinien być rozpisany konkurs. Z resztą w przyszłości powinna to być reguła przy wyborze trenerów kadry męskiej i żeńskiej. 

Nowy trener będzie miał bardzo mało czasu. Mistrzostwa świata już za rok. Czy w związku z tym Nawrockiemu nie należało podziękować np. po braku kwalifikacji na igrzyska olimpijskie? 

Były takie liczne głosy. Prezes związku forsował jednak kontynuację. 

Reprezentacja pań wreszcie wyjdzie z cienia panów?

Wielokrotnie rozmawiałem ze złotkami. To były długie i ważne rozmowy. Uważam, że głos byłych zawodniczek powinien być mocniej brany pod uwagę, a z ich rad należy korzystać. Oczywiste jest, że na żeńską siatkówkę muszą iść większe nakłady, bo taki kraj jak Polska stać na to, aby mieć silną reprezentację zarówno mężczyzn, jak i kobiet. Do tej pory mieliśmy swoisty przeplataniec. Gdy mężczyźni odnosili sukcesy, kobiety nie. I na odwrót. Podwójny sukces udało się odnieść tylko raz, gdy w 2009 r. panowie wygrali mistrzostwa Europy, a panie zdobyły w Łodzi na ME brąz. Dysproporcje, i to na każdym polu, są jednak widoczne gołym okiem. To jedno z największych wyzwań, jakie czeka nowe władze PZPS. Widać już zalążek lepszych czasów. Po długim czasie posuchy żeńska liga ma już sponsora tytularnego – Tauron. Na pewno należy więcej uwagi poświęcić paniom. Do tego jednak potrzebna jest zmiana sposobu myślenia w PZPS. Z federacji musi wyjść jasny i czytelny sygnał, że centrali zależy na tym, aby żeńska siatkówka szła w górę. A nie zawsze tak było. 

Ma Pan pomysł, jak to rozwiązać? 

Na pewno nie wolno zabrać ani złotówki z puli przeznaczonej dla mężczyzn. Należy wiedzieć, jak zapewnić więcej środków na siatkówkę kobiecą. Gołym okiem widać, że gdzieś jest popełniany błąd. Przecież młodziczek czy juniorek mamy więcej niż młodzików i juniorów. Przy przejściu do wieku seniora następuje całkowita zmiana proporcji. Bardzo dużo dziewczyn rezygnuje z uprawiania siatkówki. Musimy wypracować mechanizmy, które sprawią, że pozostaną one przy dyscyplinie. 

Na czym ma polegać okrągły stół, który chce Pan zorganizować po wyborach?

Chcę spotkać się z trenerami, byłymi zawodniczkami i zawodnikami, działaczami i ludźmi z dużym doświadczeniem, abyśmy razem zastanowili się, co zmienić, aby siatkówkę bardziej upowszechnić. Patrzymy na reprezentacje, ale musimy też pamiętać o tym, że im więcej klubów i ośrodków szkolenia młodzieży powstanie, tym mamy większe szanse na sukcesy w przyszłości. Na pewno musi niepokoić fakt, że w niektórych województwach spada liczba klubów, na Podkarpaciu np. aż 19 w ostatniej dekadzie. Znam przykłady zawodników z Plus Ligi czy 1. Ligi, którzy rozpoczynali przygodę z siatkówką w klubach, które już nie istnieją. Nie możemy dopuścić do zwijania się naszej dyscypliny u podstawy siatkarskiej piramidy. Trzeba będzie stworzyć system, który zapewni finansowanie małych klubów i jeszcze większego szkolenia młodzieży.

Co zaproponuje Pan siatkówce plażowej?

Odbyłem wiele spotkań z osobami, które zajmują się plażówką. Mieliśmy i mamy sukcesy w Polsce. Trzeba zadbać o to, aby w naszym kraju odbywało się jak najwięcej turniejów nie tylko najwyższej rangi, lecz także lokalnych z polskimi zawodnikami. Do tego potrzebna będzie współpraca z samorządami. Warto rozważyć pomysł działaczy z Dolnego Śląska, którzy chcą powołać quasi-ligę siatkówki plażowej. To byłby krok w dobrym kierunku, bo upowszechniłby plażówkę i do tego stworzył możliwość rywalizacji na krajowym podwórku zawodnikom, którzy nie mieszczą się w reprezentacjach. 

Jest Pan także członkiem prezydium PKOl, a za rok w komitecie olimpijskim odbędą się wybory…

Nie zamierzam kandydować na prezesa PKOl, ale to dobrze, że siatkówka ma swojego reprezentanta w prezydium PKOl.

Z igrzysk w Tokio Polacy przywieźli 14 medali. To dobry wynik?

Najlepszy od czasu IO w Sydney w 2000 r. Jednak martwi to, że medale mamy z coraz mniejszej liczby dyscyplin sportowych. W Pekinie było tych dyscyplin osiem, a Londynie siedem, w Rio sześć, a w Tokio tylko pięć. To musi się zmienić. Trzeba zastanowić się nad optymalizacją finansowania sportu. Wspólne stanowisko musi wypracować PKOl, rząd i związki sportowe. Nie zabierajmy nikomu, ale dołóżmy tym, którzy mają najwięcej szans na medale.

     

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów gpcodziennie.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gpcodziennie.pl

W tym numerze