Zapłacimy wysoką cenę za zieloną rewolucję

Fot. Zbyszek Kaczmarek
Fot. Zbyszek Kaczmarek

GOSPODARKA \ Klimatyczne ambicje Brukseli

Wydaje się, że za forsowaną przez Komisję Europejską polityką klimatyczną stoją bezcenne wartości. Czysta ziemia, powietrze, woda – to dobra nieocenione. Czy jednak wszyscy stosują tylko taką kalkulację? A może niektórzy potrafią to przeliczyć na konkretny zysk i zarobić na zielonej rewolucji krocie?

W odpowiedzi pomoże nam raport Statistical Review of World Energy 2020, w którym znajdziemy dane dotyczące emisji dwutlenku węgla ze spalania paliw kopalnych. Według tego raportu na czele największych trucicieli są Chiny – 29 proc. globalnych emisji, USA – 14 proc., Indie – 7 proc. i Federacja Rosyjska – 4 proc. Pojawia się więc pierwsze pytanie – dlaczego Unia Europejska ma ograniczać emisję, skoro nawet ich wyzerowanie w Europie nie da redukcji niezbędnych dla zapobieżenia niebezpiecznej zmianie klimatu na świecie? Czemu mamy wydawać miliardy euro i podejmować wysiłek bez szans na sukces? Zwłaszcza że wielkie programy ekologiczne przynoszą też przykre dla obywateli skutki uboczne.

Zielono znaczy drogo

Dobrym przykładem są Niemcy, gdzie pod koniec poprzedniego roku zanotowano najwyższe ceny energii (30,1 euro za 100 kWh), i Dania (28,2 euro za 100 kWh). Dodajmy, że największy udział energii wiatrowej w 2020 r. odnotowały w swoich miksach właśnie m.in. Dania (48 proc.) i Niemcy (27 proc.). Czyżby więc zielona rewolucja prowadziła do drożyzny odbijającej się na budżetach firm i zwykłych obywateli? Nie ma tu miejsca na obszerne wyliczenia, ale niestety tak właśnie na razie jest. Ekologiczna pompa ciepła to dziś wydatek nawet 40 tys. zł. Koszt ocieplenia domu to pod koniec zeszłego roku minimum 34 tys. zł, ale inwestorzy muszą się liczyć ze zmianami w kosztorysach w tym roku i w niektórych przypadkach wydatkiem wyższym o nawet 70 proc. Samochód elektryczny to wydatek ponad 100 tys. zł. Przeciętnego Polaka po prostu na to nie stać. Podobnie jest w wielu innych krajach UE. Dlatego KE nie ma wyjścia i chce nas zmusić do zielonej rewolucji. Stoją za tym również wielkie interesy i koncerny, które wyczuły sowite zyski.

Bruksela da zarobić swoim

Tylko w 2018 r. wartość podjętych inwestycji na europejskim rynku wiatrowym wyniosła 27 mld euro. Do tego dochodzi fotowoltaika, termomodernizacja, inteligentne sterowanie systemami energetycznymi – krótko mówiąc, kopalnia złota większa niż IT. Dlatego eurodeputowana PiS Anna Zalewska alarmuje: „Rządy liczą, obywatele zaczęli się tym interesować i pytają. Pytają o wzrost cen, bo to oni poniosą największy koszt – koszt ambicji UE”.

Eurodeputowana przypomina też słowa Fransa Timmermansa, który wyraził radość, że ceny uprawnień do emisji dwutlenku węgla błyskawicznie rosną – a przecież to one przekładają się bezpośrednio na ceny energii i mimo pandemii wzrosły trzykrotnie. Nasza była premier Beata Szydło zaznacza, że jeżeli cel zielonego pakietu KE zostanie osiągnięty takim kosztem, to nie tylko nie poprawi on losu Europejczyków i nie zapewni dobrej przyszłości mieszkańcom naszego regionu i całego świata, ale wręcz odwrotnie, przyczyni się do jego pogorszenia. – Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to z reguły chodzi o pieniądze. A więc zadajmy sobie pytanie, kto na tym skorzysta, a kto straci – zaznacza Szydło.

Kto straci – to już wiemy, bo nasza energetyka ledwo zipie pod naciskiem unijnych dyrektyw i kosztów, a Polacy są przerażeni skokowymi wzrostami cen gazu i prądu. Kto zyska? O wielkich koncernach liczących na zyski z zielone rewolucji już wspomnieliśmy. Zarobić mogą też kraje, które od dawna inwestują w nowoczesną energetyką, jak np. Szwecja. Tam ceny energii spadły o 17,2 proc. pod koniec ub.r. Każdy przedsiębiorca planujący biznes weźmie to pod uwagę, myśląc o budowie nowego zakładu w Europie.

     

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów gpcodziennie.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gpcodziennie.pl

W tym numerze