Efekt Trumpa w Ameryce Południowej?

ANALIZA \ Bankructwo brazylijskiej lewicy

numer 2184 - 21.11.2018Publicystyka

„Zmienimy razem wizerunek Brazylii. Nie będziemy dalej flirtować z socjalizmem, komunizmem i lewicowym populizmem” – stwierdził tuż po wyborze nowy prezydent Brazylii Jair Bolsonaro. Wygrana kandydata prawicy odbiła się szerokim echem także w Europie.

Francuski minister ds. europejskich Jean-Baptiste Lemoyne skomentował to wydarzenie, mówiąc o „potrzebie odwagi w obliczu ekstremizmów” oraz grożąc czujnością kontrolowania „szacunku dla systemu konstytucyjnego” i dotrzymania paryskiej umowy klimatycznej przez Brazylię. Obiecał też baczną obserwację poczynań nowego prezydenta.

Wygrana Bolsonaro wywołała obawy o dalszy efekt domina i możliwość neokonserwatywnego zwrotu w polityce światowej, za którą stoi wybór Donalda Trumpa na prezydenta USA. Nadanie Bolsonaro przydomku Trumpa Tropików nie jest tu więc przypadkiem.

Wróg „postępu” i naśladowca Trumpa

Jaira Bolsonaro „postępowe” media oskarżają o wypowiedzi rasistowskie, mizoginistyczne, seksistowskie, homofobiczne i cały pozostały lewicowy katalog współczesnych „grzechów”. Jego rządy określa się jako władzę ekstremalnej prawicy, ultraprawicy, a nawet… faszystowską. To, czego nie ośmielają się mówić o przywódcy mocarstwa Trumpie, w przypadku południowoamerykańskiego prezydenta zaczyna być odmieniane przez wszystkie przypadki. Francuska rozgłośnia France Info ilustrowała wiadomość o wygranej Bolsonaro zdjęciem jego zwolenników z wyciągniętymi w górę rękami. Prawie faszyzm, z tym, że po zatrzymaniu wzroku dłużej na fotografii widzimy na niej piękne dziewczyny, które trzymają w rękach… komórki.

Wygrana Bolsonaro to także efekt Trumpa. Przypomina się, że zaraz po ogłoszeniu wyników prezydent Brazylii pochwalił się telefonem od prezydenta USA, który pogratulował mu „historycznego wyboru”. Nic dziwnego, że jeszcze tego samego dnia pozarządowa organizacja Human Rights Watch ogłosiła pilne wezwanie do akcji w „obronie brazylijskiej demokracji”. Podobnie zachowuje się przegrana lewica. Mamy do czynienia z niemal stałym scenariuszem zachowań lewicowej „międzynarodówki”, która uznaje tylko te demokratyczne wybory społeczeństw, które odpowiadają jej samej. Padła więc zapowiedź międzynarodowej kontroli i wtrącania się w sprawy kraju, obietnica wspierania opozycji oraz apriorycznego stygmatyzowania nielubianej władzy. Te same scenariusze występują w USA, Polsce, na Węgrzech, a teraz w Brazylii. Przegrany kandydat Partii Pracujących Fernando Haddad niemal od razu wezwał do społecznego oporu i zapowiedział „walkę z faszyzmem”. José Eduardo Cardozo, były minister sprawiedliwości z czasów rządów Dilmy Rousseff, mówił z kolei o „złamaniu podstaw społeczeństwa obywatelskiego”. Treści jakoś już gdzieś słyszane…

Przyczyny sukcesu

Podstawową przyczyną sukcesu Bolsonaro było kompletne bankructwo wieloletnich rządów lewicy. Ich efektem były korupcja, kryzys gospodarczy, niespotykany poziom przestępczości. Prezydent Lula trafił do więzienia, Dilma Rousseff odeszła w atmosferze skandalu, w afery korupcyjne popadły też ostatnie rządy Michela Temera. To z pewnością ułatwiło wygraną Bolsonaro, który był kandydatem spoza lewicowego układu i nadzieją na zaradzenie korupcji politycznej.

Społeczeństwo uwierzyło też w jego zapowiedź odnowy moralnej. Lewica katolicka wyrosła na teologii wyzwolenia dość długo wspierała Lulę i jego następców. Kościół jest tu podzielony. Jair Bolsonaro zyskał jednak także duże wsparcie od rosnących w siłę w tym kraju dość konserwatywnych protestantów. Jest przeciwnikiem małżeństw homoseksualistów, aborcji, propagandy LGTB, wspiera tradycyjną wizję rodziny.

Ważnym elementem jego popularności są też kwestie bezpieczeństwa. Obietnice ukrócenia przestępczości przysporzyły mu zwolenników nawet w ubogich fawelach, które były bastionami Partii Pracujących. Według raportu z 2017 r. w Brazylii osiągnięto rekordową liczbę 63 880 zabójstw, czyli średnio ginęło tam siedem osób na godzinę…

Od 2016 r. trwały też permanentna recesja gospodarcza, inflacja i wzrost nierówności społecznych, pomimo pięknie brzmiącego programu lewicy.

Lewica dorzuca w katalogu przyczyn popularności Bolsonaro także… nostalgię za dyktaturą. Chodzi o to, że nowy prezydent jest absolwentem szkoły oficerskiej i był kapitanem armii lądowej, a skoro wojskowy, to z pewnością autokrata i kandydat na dyktatora. Przypomina się w tym kontekście, że Jairowi Bolsonaro zdarzyło się w listopadzie 2017 r. przypomnieć w wywiadzie dla chilijskiej prasy… zasługi byłego dyktatora Augusta Pinocheta.

Sympatię dla prawicowego kandydata ugruntował także dokonany na niego zamach. W czasie trzech tygodni pobytu w szpitalu, gdzie walczył o życie, na ulicach odbywały się publiczne modlitwy w jego intencji. Zamach nożownika „postępowca” wykluczył go częściowo z kampanii wyborczej i np. debat, ale przysporzył mu też wiele dodatkowych głosów.

Lewicowi analitycy mówią także o błędzie centralnych mediów, które zbytnio krytykowały korupcję lewicy i miały wyolbrzymiać przestępczość, co przygotowało grunt pod kampanię kandydata opozycji. Ten argument jest szczególnie kuriozalny i pokazuje, w jaki sposób lewica postrzega funkcjonowanie demokracji



zawartość zablokowana

Autor: Bogdan Dobosz


Pozostało 51% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się




















-->