​Nie po to robię film siedem lat, żeby podtrzymywać iluzję

numer 2348 - 08.06.2019

Chciałbym powiedzieć tym filmem: opamiętajmy się. Relacja z drugim człowiekiem zawsze powinna być najważniejsza, właśnie w drugim człowieku mieszka Bóg. Niszcząc relacje, oddalasz się od Boga

– mówi Bartosz Konopka, reżyser filmu „Krew Boga”,

w rozmowie z Sylwią Krasnodębską. Premiera filmu 14 czerwca.

„Krew Boga” to film o rycerzu Willibrordzie, który dociera na pogańską wyspę, by krzewić na niej chrześcijaństwo. Pana bohater jednak błądzi. Posłuszeństwo Bogu myli mu się ze służbą własnym wyobrażeniom. Pokora z pychą walczy w nim cały czas. Dlaczego tak zbudował Pan tę postać? Dlaczego ją tak... skomplikował? I w pewnym sensie utrudnił widzowi odbiór tego filmu. Czy wiara w Boga nie jest dostatecznie wymagająca?

Nie chodziło mi o utrudnienie odbioru. W filmie buduje się skomplikowane postacie po to, żebyśmy mogli się w nich przejrzeć jak w dwugodzinnym skrócie z naszego życia. Willi błądzi tak jak każdy z nas. Wydaje mu się, że ma Boga za sobą, ale z jego modlitw poznajemy, że stracił wiarę. Być może po utracie syna na krucjacie, być może wtedy obraził się na Boga, zamknął swoje serce na innych ludzi. Willi staje przed dylematem jak dzisiejsi politycy: robiąc coś dla dobra ogółu (ochrzczenie pogan), czasem muszę poświęcić jednostki. Tylko że tutaj Bezimienny buntuje się i nie pozwala na prosty podbój pogan. W Willim zaczyna się konflikt przyjaźni z Bezimiennym i powstaje w nim chęć podporządkowania sobie wszystkich. W relacji musisz być elastyczny, dopasować się do drugiej osoby, szczególnie jeśli staje się ona twoim zastępczym synem, kimś bardzo bliskim, kogo kiedyś utraciłeś i nie możesz się wciąż z tym pogodzić. Ale w Willim zwycięża chęć osiągnięcia sukcesu, chęć władzy. Wtedy często zapominamy o bliskich, poświęcamy relacje z nimi dla dobra nadrzędnego celu. Czy na pewno tak trzeba? To jest szaleństwo współczesności. Ja raczej chciałbym powiedzieć tym filmem: opamiętajmy się. Relacja z drugim człowiekiem zawsze powinna być najważniejsza, właśnie w drugim człowieku mieszka Bóg. Niszcząc relacje, oddalasz się od Boga, porządku, uczuć, ducha. Wchodzisz w chaos. Kiedy Twoje ego zwycięża, traci duch, oddalasz się od ludzi, wspólnoty, na dłuższą metę przegrywasz.

Dla kogo jest Pana film? Tylko proszę nie mówić, że dla wszystkich...

Dla poszukujących. Dla tych, co nie boją się konfrontować z przeciwnościami. Dla tych, którzy są gotowi wyjść ze strefy komfortu i zmierzyć się z nowym. Dla tych, którzy mają dość banalnych, pocieszających, uproszczonych opowieści na temat życia. Dość polukrowanej wersji świata wciskanej nam przez reklamę, seriale, telewizje i media. Dla tych, którzy szukają czegoś nowego, odważnego w życiu i w sztuce.

Wzorem wielkich mistrzów i prowokatorów – Andrzeja Żuławskiego, Grzegorza Królikiewicza, Larsa von Triera, Michaela Hanekego, Yorgosa Lanthimosa itd.

To, co według mnie budzi najwięcej niepokoju w tym filmie, to trud odróżnienia dobra od zła. I to, że wciąż trzeba podejmować ten trud, próbując zrozumieć Pana film. Bohaterowie przeżywają wahania duszy. Widzowie też mają je przeżywać podczas seansu?

Pani w tych pytaniach przedstawia taką wersję życia i kina, jakby wszystko musiało być łatwe, proste i przyjemne. To jest iluzja. Znam ludzi, którzy tak próbują żyć i nagle po 20, 30 latach są rozczarowani, że jednak świat ich oszukał. Nie są gotowi, żeby stawić mu czoła, walczyć o swoje. Nie po to robię film siedem lat, żeby podtrzymywać iluzję. Przecież wiadomo, że zło jest rewersem dobra, bardzo trudno je zobaczyć. Ukrywa się pod postacią tak samo dobrych czynów, no może lekko rozchwianych. Zły podsuwa nam drobne namiastki dobra, łatwo nas oszukuje. Wydaje nam się, że robimy coś dobrego, bo nie jesteśmy do końca szczerzy ze sobą, wolimy się oszukiwać, niż czuć choćby odrobinę bólu, zwątpienia.

 W Pana filmie padają słowa: „Bóg wybiera swoich”. Czy tak jest? Dziś raczej to my jesteśmy skłonni mówić i wierzyć, że wybór jest po naszej stronie.

To jest nawiązanie do rzezi katarów w Béziers w XIII w. Chciano odseparować katarów od chrześcijan, nie udało się to, więc miejscowy opat miał rzec: „Zabijcie wszystkich. Bóg rozpozna swoich”. Nawiązujemy do przemocy Kościoła podczas krucjat, najmroczniejszego okresu. Willi za późno się zorientował co do postawy Bezimiennego. Zawiść go zaślepiła i takie są konsekwencje w filmie. To znowu przesłanie dla widza: zobaczcie, co się dzieje, kiedy zaślepią was złe uczucia – zazdrość, zawiść, zemsta. Dosłownie i symbolicznie giną ludzie. Dziś ulegamy tym uczuciom bardziej bezkarnie, niewidocznie, niby bez konsekwencji. Ale często uśmiercamy relacje albo wywołujemy trwałe rany w innych. Cały ten film jest trochę krzykiem rozpaczy: opamiętajcie się, zanim będzie za późno. Wy, którzy rządzicie światem, narodami, rodzinami, życiem swoim lub innych.

Podczas pracy nad filmem doznał Pan nawrócenia...

To się zaczęło dziać przed zdjęciami, jakieś dwa lata temu



zawartość zablokowana

Pozostało 51% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się