Trzeba zaskoczyć widzów niespodzianką

WYWIAD \ Z malarzem, grafikiem, scenarzystą RAFAŁEM OLBIŃSKIM rozmawia ANNA KRAJKOWSKA

numer 2350 - 11.06.2019Kultura

Co scenografia do „Czarodziejskiego fletu” mówi o mnie? Ona odpowiada na pytanie, czy zachowałem w sobie to drzemiące w każdym z nas dziecko, z jego wrażliwością, z otwarciem na baśnie i fantastykę – mówi Rafał Olbiński, twórca scenografii do opery W.A. Mozarta realizowanej przez Warszawską Operę Kameralną. Premiera spektaklu w reżyserii Giovanny’ego Castellanosa już 13 czerwca w ramach Festiwalu Mozartowskiego. Kolejne wystawienia 14, 15 i 16 czerwca.

Muszę Panu zdradzić na początku, że widziałam przeogromne szczęście w oczach Alicji Węgorzewskiej-Whiskerd, kiedy kilka tygodni temu sensacyjnie oznajmiła: „Wiecie, kto nam zrobi scenografię do »Czarodziejskiego fletu«? Sam Rafał Olbiński!”.

Zatem przede mną wielkie zobowiązanie, żeby ten entuzjazm nie poszedł na marne.

Jak udało się dyrektor Warszawskiej Opery Kameralnej namówić Pana do podjęcia się tego zadania?

Nie trzeba mnie było namawiać, ponieważ to jest genialny temat. Powiem nawet, że to temat marzenie dla każdego artysty, bo przecież dzięki niemu ma się niejako możliwość… współpracować z Mozartem. Zresztą akurat do tego przedstawienia scenografię robili najwięksi malarze, jak Marc Chagall czy David Hockney. Chagall zrobił scenografię do „Czarodziejskiego fletu” w 1968 r. dla nowojorskiej Metropolitan Opera. To była ogromna produkcja i nie ma co się tu porównywać, ale to jest jakiś punkt odniesienia dla mnie. I teraz mamy limitacje: mała scena, a nie ogromna Metropolitan Opera, mały budżet, a nie nieograniczone fundusze, i nie Chagall ani Hockney, tylko ja. Teraz konkurujemy. Dla mnie to oczywiście wielkie wyzwanie. Jeśli to będzie dobre, to się obroni.

Osobiście uwielbiam scenę Kameralnej, niezwykle intymną. Jest tak blisko widzów, że niemalże czuć oddech aktorów. Jednocześnie mam świadomość, że ta mała scena jest zarówno dla wykonawców, jak i dla twórców zdecydowanie bardziej wymagająca niż standardowa. Scenograf nie może tu podziałać z rozmachem.

Przede wszystkim nie może przytłoczyć ludzi skalą. Trzeba zaskoczyć widzów niespodzianką, chciałoby się powiedzieć – pięknem. Jeśli to się uda, to fantastycznie.

A na ile koresponduje Pan z wizją Chagalla?

Pokazuję coś zupełnie innego. Chagallowi zarzucano, że to było bardziej o nim niż o Mozarcie. Z mojego punktu widzenia też jest bardziej o mnie niż o Mozarcie [śmiech], tylko że ja mam mniejszą siłę przebicia. Chagallowi zrobiono blisko 40 odsłon. Standardowo są dwa akty, trzy do pięciu scen. W jego przypadku zadziałało nazwisko. Ja zrobiłem chyba ze 20 scen, to też nie jest źle, prawda?

To potęga!

Teraz pytanie, czy ta potęga jest tak silna… Chyba najłatwiejszą do porównania skalą są zdjęcia



zawartość zablokowana

Autor: Anna Krajkowska


Pozostało 51% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się