Bez tego klubu pękłoby mi serce

numer 2488 - 21.11.2019

142 medale mistrzostw Polski, cała plejada doskonałych wychowanków, no i największa chluba, czyli czterech uczestników igrzysk olimpijskich. Bogusław Maliszewski od pół wieku związany jest z podnoszeniem ciężarów, a przez ponad cztery dekady z RKS Okęciem. Klub, który kiedyś był potęgą w najbardziej wymagającej dyscyplinie sportu, teraz stoi na krawędzi. Koniecznego remontu wymaga siłownia, w której przez 50 lat trenowali czołowi polscy sztangiści.

Ul. Radarowa 1, siłownia położona blisko przelotowej przez Okęcie ul. Hynka. Odrapany budynek mocno kontrastuje z pachnącym nowością ośrodkiem WORD, który nie wiadomo dlaczego, wyrósł przed dekadą na terenach zajmowanych przez klub. Teraz i tak jest trochę lepiej, bo boczną elewację siłowni ozdabiają zdjęcia wybitnych sztangistów – Waldemara Baszanowskiego i Pawła Fajdka. Idący na egzamin na prawo jazdy kursanci mogą przynajmniej na chwilę zwrócić uwagę, że w tej na pozór odrapanej ruderze trenowali przez lata wielcy sportowcy.

Wchodząc do środka, też można mieć wrażenie, że niewiele się zmieniło przez ostatnie 50 lat. O upływającym nieuchronnie czasie przypominają tylko wiszące na ścianach pamiątkowe dyplomy. Maliszewski zaprasza do swojego niewielkiego pokoiku. Biurko, dwa fotele, klasyka luksusu przełomu lat 60. i 70. minionego stulecia. – Niewiele się tu zmieniło przez ostatnie pięćdziesiąt lat – zaczyna swoją opowieść trener.

Z RKS Okęcie związany jest od 1975 r. Wtedy po likwidacji sekcji w Lotniku Warszawa zabrał swoich zawodników na Radarową. Okęcie było wtedy potężnym klubem pod patronatem mających nieopodal siedzibę Polskich Linii Lotniczych LOT. No i przede wszystkim miejscem ludzi pełnych pasji. – Przez ponad 30 lat spędzałem tutaj po 12 godzin dziennie. Efekty były. Moi podopieczni regularnie zdobywali medale mistrzostw Polski, liczyli się w światowej czołówce. Do spełnienia zabrakło mi tylko medalu olimpijskiego – mówi Maliszewski.

Najbliżej było w 1988 r., kiedy Waldemar Kosiński zajął 5. miejsce. – Gdy powtórzył wynik z odbywających się kilka miesięcy wcześniej mistrzostw Europy, miałby miejsce na podium. Zabrakło tych 10 kg – wspomina Maliszewski. Na tych samych mistrzostwach Europy w Cardiff startował też inny wybitny ciężarowiec Ignacy Adamczyk. – To była prawdziwa maszyna do zdobywania medali. Siedemnaście razy startował w mistrzostwach Polski, z których przywiózł łącznie 11 krążków – chwali się trener. Mikry, ważący niewiele ponad 50 kg zawodnik był w stanie podnieść ponad dwa razy cięższą od siebie sztangę.

Zmiana pokoleniowa przebiegła bezboleśnie, bo jeszcze więcej laurów zdobył następca Adamczyka, Sławomir Ruszczyk. 21 startów, 17 medali, z czego 11 złotych. No i brąz na mistrzostwach Europy juniorów w Warnie w 1991 r. – Zastanawiano się, jak to możliwe, że zdobywamy tak dużo medali. A ja po prostu miałem odpowiednie podejście do zawodników. Jako jeden z nielicznych wówczas trenerów duży nacisk kładłem na psychologię. I to przyniosło efekty. Pamiętam, że na którymś zgrupowaniu postanowiłem, że poświęcę wieczorem godzinę, aby porozmawiać indywidualnie z zawodnikami. Efekty były niesamowite. Z czasem sportowcy sami dopominali się o takie spotkania. A ja znałem ich potrzeby, wiedziałem, co im leży na sercu



zawartość zablokowana

Autor: Krzysztof Oliwa


Pozostało 51% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się














#DziękujeMyZaOdwagę
reklama