reklama


Wegańskie psy i elektryczne wydmuszki

#CywilizacjaNaZakręcie

numer 2540 - 25.01.2020

Nie wiem, jak zacząć. Bo co można napisać po odkryciu, że znany aktor rozmawiał z tabloidem, mając nadzieję, że będzie to rozmowa o sztuce? Po informacji, że katastrofa pożarów w Australii została wyolbrzymiona przez media, ale jak to ujęła jedna pani zwana polskim doktorem Dolitte: „to dobrze”? Trudno napisać coś mądrego poza tym, że trzeba kierować się swoim rozumem, a nie oglądać na media i różne samozwańcze autorytety, bo robią nas w konia, a z psów próbują zrobić roślinożerne zwierzęta…

Zacznijmy od psów. Dostałem od Sylwii następującego mejla: „Kupowałam ostatnio w markecie karmę dla psa, zobaczyłam na wielkim regale z psim jedzeniem wegańskie przekąski dla psów. Nie wiem, czy mi się przywidziało...”. Nie przywidziało ci się, Sylwio. Nie tylko przekąski dla psów są wegańskie, jest także karma. Oto przykład: „Yarrah Bio wegańska karma dla psa, z biobaobabem i bioolejem kokosowym. Zbilansowana sucha karma, składniki w 100% z kontrolowanych upraw ekologicznych, bez mięsa, ulepszona receptura to więcej energii i lepsza przyswajalność, z baobabem, olejem kokosowym i algami”.

Olej kokosowy w psiej misce

Czyli są ludzie na tym padole, którzy mają w głębokim poważaniu fakt znany od prehistorii: pies jest zwierzęciem mięsożernym. I z uwagi na swoje przekonania chcą ze swoich pupili uczynić stworzenia roślinożerne. Nie ma jak weganin prowadzący na smyczy pieska, który właśnie pochłonął porcję oleju kokosowego. Jakież to postępowe, jakież ekologiczne i jakież pełne troski o matkę Ziemię. Nie ma w tym fakcie niczego śmiesznego, bo to wcale nielajtowy przykład tego, jak ideologie roszczą sobie prawo do narzucania zmian i mówienia, jak żyć. W tym przypadku psom, ale w dalszej kolejności także każdemu z nas. Mechanizm jest prosty, ktoś uważa, że ma rację. Jedyną rację. I decyduje o różnych rzeczach. Np. o tym, co nam powiedzieć i w jaki sposób. Na przykład o pożarach w Australii.

Dr Dolittle i groźne mechanizmy

Pani „Małgorzata Zdziechowska zwana jest polską

dr Dolittle. Od wielu lat jeździ do ośrodków na całym świecie, pomagając zwierzętom. Trzy razy była w Australii. – Pożary na tym kontynencie były, są i będą – mówi. – Moim zdaniem sytuacja w Australii została rozdmuchana przez media, ale to dobrze, bo przynajmniej świat zwrócił uwagę na to, co się tam dzieje” – czytam na Onecie. I zadrżałem, bo co to znaczy, że „dobrze”. Kto decyduje o tym, że to dobrze, gdy media coś wyolbrzymiają? Nie zarzucam, broń Boże, pani Zdziechowskiej złych intencji. W dalszej części jej wypowiedzi dla Onetu, gdzie opisuje problemy z ochroną i ratowaniem zwierzaków w Australii nie tylko przy okazji pożarów, to jej „dobrze” staje się zrozumiałe. A jednak uważam to za znak, że jest coś złego w wykorzystywaniu faktów do manipulowania opinią publiczną. Wszak ileś akcji na gaszenie Australii się odbyło. Iluś ludzi uwierzyło, że to wyjątkowa katastrofa. W ogóle nie interesuje ich to, o czym mówi Zdziechowska, a gdy dowiedzą się, że sprawa była wyolbrzymiona, to w ogóle stracą zainteresowanie pomocą, gdy katastrofa stanie się naprawdę. Groźny jest także sam mechanizm, bo jeśli jest dobrze, jeśli coś jest wyolbrzymiane, to równie „dobrze” może być, gdy coś jest przemilczane. Tak, żeby prostaczkowie tego świata nie wpadli w panikę albo nie zaczęli się zastanawiać nad sensem tego, co im wmawiano przez ostatnie lata. Ot, choćby tego, że jazda autem elektrycznym będzie tańsza niż spalinowym. A jak jest?

„Przez ostatnie lata klientów mamiono wizją elektrycznej jazdy za grosze – choć samochody na prąd oferowały niewielki zasięg i nikłe walory użytkowe, za korzystaniem z nich przemawiać miał, poza ekologią, również znikomy koszt przejechania kilometra. Teraz wprawdzie możliwości aut elektrycznych są coraz większe, ale o ładowaniu za grosze lub za darmo lepiej zapomnieć! Prąd robi się naprawdę drogi!” – donosi „Auto Świat” i autor tekstu wyjaśnia, w czym rzecz: „Zastanawialiście się kiedyś nad modelem biznesowym stacji ładowania, które powstawały od kilku lat? Z czego żyły firmy, które niemałym kosztem ustawiały słupki, później płaciły za prąd do nich, nie biorąc od użytkowników ani grosza? Pomysł w przypadku niektórych był prosty – na budowę stacji ładowania bierze się dopłaty, przez kilka lat ładowarki stoją prawie nieużywane, bo przecież aut elektrycznych było jak na lekarstwo, a jeśli już natrętny klient się pojawiał, to można było go spławić, wymagając dopełnienia jakichś formalności. Po zakończeniu projektu sprzęt w świetnym stanie i ze znikomym przebiegiem można było sprzedać dalej”



zawartość zablokowana

Autor: Jarosław Molga


Pozostało 51% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się





reklama

















#DziękujeMyZaOdwagę
reklama