Wsparcie dla mediów Strefy Wolnego Słowa jest niezmiernie ważne! Razem ratujmy niezależne media! Wspieram TERAZ » x

Samotny showman z Los Angeles

Dodano: 11/02/2020 - numer 2554 - 11.02.2020
Tragiczna śmierć jednego z najlepszych koszykarzy ostatnich dekad pogrążyła w smutku cały sportowy świat. Choć Kobe Bryant nie był typem grzecznego chłopca podawanego jako wzór do naśladowania, był postacią barwną, nietuzinkową, ale też bohaterem tragicznym, który wskutek błędnych życiowych wyborów i trudnego charakteru utracił kontakt z najbliższą rodziną. Kobe rozpalał wyobraźnię zawodników, fanów, koszykarskich ekspertów.
W 1976 r. w Filadelfii przyszła na świat dziewczynka imieniem Sharia, rok później jej siostra Shaya, a w 1978 r. urodził się chłopiec, któremu rodzice Joe i Pam nadali osobliwe imię Kobe, podobno dlatego, że jeszcze w trakcie ciąży zjedli wyśmienity obiad w japońskiej restauracji. Rodzice zadbali o dobre wychowanie całej trójki. Największą porcję uczuć otrzymał chłopiec, którego więź z matką była najsilniejsza. Kobe od najmłodszych lat chłonął atmosferę koszykarskich hal, boiskowej rywalizacji, blasku fleszy. Jego ojciec był koszykarzem miejscowych Philadelphia 76ers, utalentowanym strzelcem, ale brakowało mu instynktu zabójcy, który uczynił jego syna jednym z najlepszych koszykarzy w historii. Silną osobowością w rodzinie była Pam, to ona decydowała w domu i nad wszystkim dzierżyła kontrolę. Kobe mawiał, że na parkiecie jest podobny do niej. Łączyło go z nią dążenie do perfekcji, co było jednym z jego znaków rozpoznawczych w trakcie całej kariery.
Koszykarskie fundamenty
W 1984 r. Bryantowie wyjechali do Włoch, które okazały się dla ich rodziny wręcz wymarzonym miejscem do życia. Joe niemal od razu zaskarbił sobie sympatię miejscowych fanów. Pobyt w Italii wzmocnił również ich wzajemne więzi. To we Włoszech Kobe zaczął grać w koszykówkę, występował w drużynie młodzieżowej, tam uczył się fundamentów basketowego rzemiosła. Tu kształtowała się jego osobowość, która później pozwoliła mu wspiąć się na szczyt, ale też sprawiła, że odrzucał od siebie innych. W przeciwieństwie do zawsze uśmiechniętego ojca, Kobe na parkiecie był bardzo poważny. Koncentrował się na jednym – na zwycięstwie. To charakterystyczny rys jego kariery. Zawsze wręcz maniakalnie dążył do stawania się lepszym zawodnikiem. Ogromnej ambicji towarzyszyła niewzruszona pewność siebie, której być może zabrakło ojcu i pewnie dlatego jego kariera przebiegała zupełnie inaczej niż syna.
Od najmłodszych lat Kobe uwielbiał błyszczeć przed tłumem – to kolejna cecha jego koszykarskiego żywota. Jeszcze jako dzieciak, jeden z tych, co sprzątają śmieci z parkietu podczas meczów, podają graczom napoje, ścierają pot itd., gdy grał ojciec, robił to nawet wtedy, kiedy nie było to potrzebne, byleby go ludzie widzieli. Podczas przerw zaś wychodził na parkiet i popisywał się przed widownią.
Trudne początki
W 1991 r. rodzina wróciła do Filadelfii. Początki w rozgrywkach licealnych były trudne, z czasem efekty ciężkiej pracy stawały się coraz bardziej widoczne. Kobe w tym czasie interesował się też rapem. Ale to koszykówka była całym jego światem. Poza nią nie miał życia. W ostatnim sezonie występów w szkole średniej zaczął się zastanawiać nad przejściem do NBA od razu po liceum. Trafił z 13. numerem draftu do Charlotte Hornets, którzy wcześniej dogadali się z Los Angeles Lakers, gdzie siedemnastolatek miał trafić. W tym samym sezonie do Lakersów trafił też Shaquille O’Neal. Rywalizacja i trudne relacje z inną gwiazdą odcisnęły piętno na jego pobycie w Los Angeles.
Debiut w meczu z Minnesotą wypadł blado: jeden zablokowany rzut i strata. Pierwsze punkty w NBA zdobył dopiero w trzecim meczu z rzutów wolnych. W pierwszym sezonie Kobe wiele czasu spędzał na ławce. Świetnie zaprezentował się w meczu debiutantów podczas Weekendu Gwiazd, wygrał też konkurs wsadów. Sezon zakończył bolesną porażką w play-offach z Utah, kiedy nie trafił decydującego rzutu. W drugim sezonie wdarł się do elity NBA niczym błyskawica. Dziennikarze próbowali porównywać go do Michaela Jordana. Na jedno z pytań zadane podczas Weekendu Gwiazd powiedział: „Nie ma między nami żadnych podobieństw. Poza tym, że obaj mamy 198 cm wzrostu i obaj opieramy swoją grę na sprawności fizycznej”.
Najlepszy z najlepszych
Kobe lubił atmosferę Los Angeles, ocean, żółte wzgórza, gorącą atmosferę na widowni podczas meczów, uwielbiał odpoczywać w swoim basenie. Lubił też swoje konto bankowe, które puchło w błyskawicznym tempie dzięki nowej umowie z Lakersami na 71 mln dol., kontraktom reklamowym z Adidasem, Sprite’m i Spaldingiem. Jednocześnie w kontaktach z kolegami z drużyny był zamknięty. W 1999 r. nawiązał relację, która zaważyła na jego dalszym życiu, relacjach z najbliższą rodziną – poznał występującą w teledyskach hip-hopowych 17-letnią tancerkę Vanessę Laine, z którą potem się zaręczył. Vanessa uchodziła za rozkapryszoną i arogancką nastolatkę. Pod jej wpływem Kobe zaczął się zmieniać, zaczął odsuwać od siebie rodziców, aż w końcu usunął ze swego życia wszystkich najbliższych. Na ślubie było kilkunastu gości, a wśród nich nikogo z najbliższych członków rodziny koszykarza. Ślub z Vanessą zbiegł się z pierwszym tytułem mistrzowskim Bryanta w 2000 r. Jeziorowcy pokonali zespół Indiana Pacers w finale 4:2. W kolejnym powtórzyli osiągnięcie, pokonując w finale Philadelphia 76ers, by za rok zdobyć trzeci tytuł z rzędu, tym razem rozbijając w puch New Jersey Nets. Kobe był u szczytu formy.
Na życiowym zakręcie
W 2003 r. Bryantowi postawiono zarzut gwałtu na recepcjonistce. Sprawa sądowa przez dwa lata przewijała się przez media, w końcu zarzuty zostały oddalone, ale jego wizerunek został mocno nadszarpnięty, bardzo spadła sprzedaż jego koszulek, nie było sygnowanych przez niego butów, nie otrzymał ani jednego głosu w wyborze Most Valuable Player (MVP), czyli najbardziej wartościowego gracza NBA sezonu zasadniczego.
22 stycznia 2006 r. Lakersi gościli Toronto Raptors. W magiczny wieczór w Staples Center Kobe zdobył aż 81 pkt. To był drugi najlepszy wynik w historii NBA. Lepszy był tylko Wilt Chamberlain, który w 1962 r. zdobył 100 pkt. Potem były kolejne tytuły mistrzowskie. W 2008 r. Amerykanie triumfowali na igrzyskach olimpijskich, w finale pokonując Hiszpanię. W kolejnym roku Jeziorowcy pokonali w finałach NBA Orlando Magic 4:1, a Kobe po raz pierwszy został wybrany MVP Finałów. W następnym roku udało się zrewanżować ekipie z Bostonu i Bryant po raz piąty zdobył mistrzowski pierścień i jeszcze raz został wyróżniony tytułem MVP Finałów. Wreszcie był najlepszy, koszykarski świat był u jego stóp. To była jego drużyna, a nie dawnego kolegi klubowego Shaquille’a O’Neala. Ale gwiazdor musiał sobie zdawać sprawę, że nie jest już młodzieniaszkiem, a czasu nie uda się oszukać. W 2013 r. doznał ciężkiej kontuzji ścięgna Achillesa, kiedy wrócił w kolejnym sezonie – urazu kolana. Kobe pożegnał się z kibicami meczem z Utah, w którym jeszcze raz wzniósł się na wyżyny i zdobył 60 pkt. Znamienne, że na pięknym pożegnaniu nie było jego rodziców.
Akrobatyczne umiejętności przy efektownych wsadach, perfekcjonizm, ogromna ambicja, niezachwiana pewność siebie, niemal chorobliwa żądza rywalizacji i chęć wygrywania stworzyły mieszankę, która zaowocowała doprowadzeniem chłopaka z Filadelfii na koszykarski szczyt. Ale oprócz ogromnych pieniędzy, chwil chwały i popularności Kobe stał się bohaterem głośnej sprawy kryminalnej, nie radził sobie w relacjach, sam izolował się od kolegów, odrzucił wszystkie najbliższe osoby z rodziny. Wielu obserwatorów i dziennikarzy twierdziło, że Bryant był najbardziej kontrowersyjnym sportowcem w Ameryce. 26 stycznia życie dopisało tragiczny rozdział do jego barwnej historii.
 
Autor wykorzystał fragmenty książki Rolanda Lazenby’ego „Kobe Bryant. Showman”.
 
     

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów gpcodziennie.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gpcodziennie.pl

W tym numerze