Sportowcu, broń się sam

SPORT W CZASIE PANDEMII \ Liczy się kontrakt, a nie jego wykonawca

W ujęciu globalnym sport już dawno przestał być utożsamiany z ideą sprawiedliwej rywalizacji, w której największą nagrodą były uznanie i szacunek, a sam sportowiec stał na czele tej szlachetnej piramidy. Obecnie jest to biznes, w którym liczą się wielkie pieniądze. A sportowiec to mały trybik, który napędza gigantyczną machinę. Jak w soczewce widać to dziś, gdy sport stanął w miejscu z powodu pandemii koronawirusa.
Piątek 13 marca, popołudnie. Wracając z pracy do domu, widzę w wielu oknach włączone telewizory. Zielony kolor na ich ekranach miał być znakiem, że nic się nie zmieniło i zgodnie z harmonogramem odbywają się mecze piłki nożnej. Tego dnia miały grać polska Ekstraklasa, niemiecka Bundesliga i francuska Ligue 1.
Zawodnicy nie wyszli jednak na murawę. Mecze odwołano, choć w wielu krajach do ostatniej chwili bito się z myślami, czy nie lepiej zagrać, choćby przy pustych trybunach. Wiadomo, przychodów z tzw. dnia meczowego by nie było, ale transmisja w telewizji czy publikacja reklam na banerach, koszulkach piłkarzy i Bóg wie czym jeszcze to spora pokusa. I spore pieniądze.
Ostatecznie zwyciężył zdrowy rozsądek. Zieloną toń wydobywającą się z okien blokowisk generowały zaś włączone konsole z najpopularniejszym symulatorem piłki nożnej na świecie, który w ostatnich dniach, z racji powszechnej kwarantanny, bije rekordy w liczbie użytkowników.
Wirusowa gorączka
Jeszcze kilka dni temu zwolenników i przeciwników decyzji o zastopowaniu wszelakich rozgrywek sportowych było po równo, niczym amatorów rosołu i pomidorowej w naszym kraju. Z każdym dniem, widząc zaogniającą się pandemię koronawirusa na świecie, coraz więcej osób przyjmowało decyzję ze zrozumieniem. Piszę oczywiście o kibicach i sympatykach sportu, gdyż w gabinetach prezesów i dyrektorów trwały żarliwa dyskusja i wymachiwanie tabelkami, ile taka przerwa może kosztować. Grać czy nie grać?
Co ciekawe, samych zainteresowanych, czyli piłkarzy, zapytano o to na samym końcu. Nie wiadomo, jak potoczyłyby się losy 27. kolejki polskiej Ekstraklasy, gdyby nie apel piłkarza Wisły Kraków Jakuba Błaszczykowskiego o zawieszenie rozgrywek i decyzja piłkarzy Górnika Zabrze, którzy odmówili wyjazdu do Łodzi na mecz z ŁKS. Prekursorem takiego zachowania byli jednak piłkarze drugoligowej Legionovii Legionowo, którzy z obawy o swoje zdrowie nie pojechali do Polkowic na mecz z miejscowym Górnikiem. Wydaje się więc, że dopiero stanowcza reakcja piłkarzy spowodowała, że ostatecznie zdecydowano się na jedyne sensowne wyjście z sytuacji.
Pandemia zgarnęła wszystko
Obecna sytuacja w świecie sportu uwypukliła kilka problemów. Pierwszy, oczywisty, to straty, jakie wynikną z tytułu wstrzymania, zawieszenia lub całkowitego odwołania rozgrywek. Jeśli chodzi o czołowe rozgrywki piłkarskie w Europie, będą one liczone w setkach milionów euro.
Drugim problemem jest logistyka. Koronawirus zabrał kibicom możliwość oglądania na żywo ulubionej drużyny lub dyscypliny, ale organizatorom rozgrywek ból głowy przysporzy kalendarz. Bo skoro się wstrzymuje, to kiedyś trzeba ligę dokończyć. Ale kiedy? Grać latem, gdy pod koniec lipca miał ruszyć nowy sezon? A co z europejskimi pucharami, które (niestety) dla polskich klubów zaczynają się bardzo wcześnie? A może zakończyć rozgrywki na obecnym etapie? Pytań jest wiele i nie dotyczą one wyłącznie Polski, ale każdego kraju w Europie.
Najprostsza sprawa wydaje się z piłkarskimi mistrzostwami Europy, które przełożono na 2021 r., choć i w tym przypadku UEFA (Europejska Unia Piłkarska) miała naciskać na krajowe federacje, by turniej odbył się jednak w tym roku.
Piłkarz czy niewolnik
Alarmująca w tym wszystkim wydaje się postawa wobec piłkarzy. To przecież dzięki nim i ich grze kluby zdobywają pozycję, krajowe i międzynarodowe laury oraz popularność na całym świecie, a co za tym idzie – ogromne zyski. Dlatego też ich zdrowie i życie powinno być stawiane na pierwszym miejscu. Niestety, światem sportu rządzą pieniądze. Niektórzy wskazują też działaczy, menedżerów oraz agentów, jednak oni także w większości są nastawieni na zarabianie na sporcie.
Historia zna wiele przypadków, gdy piłkarz doznał paskudnej kontuzji, która wykluczyła go z gry na wiele miesięcy. Klub początkowo wspierał swojego zawodnika, opłacał rehabilitację i potrzebne zabiegi, jednak z biegiem czasu, gdy trener wdrożył już taktykę z nowym piłkarzem i zaczynała ona przynosić efekty, kontuzjowany piłkarz przestawał być potrzebny. Wybuchała batalia o rozwiązanie kontraktu, której finał często trafiał na salę sądową.
W ostatnich dniach usłyszeliśmy wiele historii o pomocy klubom i piłkarzom poszkodowanym w związku z pandemią koronawirusa. W deklaracjach i obietnicach padają kwoty rzędu setek tysięcy i milionów euro. Kibice robią wszystko, by uratować swój klub od możliwego bankructwa. Fani niemieckiego Unionu Berlin wykupili nawet wirtualne kiełbaski i piwo, by zasilić klubową kasę.
Niestety, nie każdy klub potrafi odwzajemnić sympatię. Głośno było o sprawie szwajcarskiego FC Sion, który rozwiązał kontrakt z dziewięcioma piłkarzami. Powód? Zawodnicy nie zgodzili się na renegocjację warunków umowy z powodu tzw. technicznego bezrobocia, wynikającego z zawieszenia rozgrywek. Do mediów przedostała się informacja, że gracze kategorycznie odmówili jakichkolwiek negocjacji, a wyrzucenie ich z klubu było jedynym wyjściem.
Nieoficjalnie wiadomo jednak, że zawodnikom nie przedstawiono konkretnych decyzji, a cała sytuacja była zero-jedynkowa: albo podpis, albo pakowanie walizek. Co kluczowe, z klubem pożegnali się nie anonimowi piłkarze, ale ci, którzy mieli istotny wpływ drużynę, m.in. reprezentant Szwajcarii i były gracz Arsenalu Londyn Johan Djourou, Alex Song (także z przeszłością w Arsenalu) oraz Seydou Doumbia, była gwiazda CSKA Moskwa.
Ludzki gest
Na koniec chciałbym przytoczyć pozytywny przykład. Jest nim Jakub Błaszczykowski. Piłkarz Wisły Kraków wielokrotnie w przeszłości udowadniał, że w pierwszej kolejności myśli o innych, a nie o sobie. Jak napisałem wcześniej, kilkanaście dni temu to właśnie on wystosował prośbę do władz ligi, by odwołać mecze z obawy o zakażenie koronawirusem.
Błaszczykowski nie poprzestał na tym jednym geście. Piłkarz Wisły Kraków poinformował, że jego fundacja Ludzki Gest przekaże 400 tys. zł na rzecz walki z pandemią koronawirusa w Polsce. Nietrudno domyślić się, że po ogłoszeniu tej decyzji na Błaszczykowskiego spadła fala pozytywnych komentarzy i wiadomości. I to nie tylko od kibiców spod Wawelu, ale z całej Polski.
Trzeba bowiem przyznać, że Jakub Błaszczykowski to człowiek, który cieszy się ogromnym szacunkiem w całym kraju. W swoim klubie już teraz staje się powoli legendą, a jego nazwisko jest wymieniane jednym tchem z Henrykiem Reymanem, wybitnym piłkarzem i patronem stadionu Wisły Kraków. A więc nawet w przypadku wielkich pieniędzy w piłce nożnej można też mówić o ludzkich odruchach i potrzebie serca, a nie wyłącznie o odhaczaniu tabelek z zyskami i nieoglądaniu się na nikogo wokół. To ostatnie spostrzeżenie kieruję do osób zajmujących gabinety dyrektorskie klubów w całej Europie.

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów gpcodziennie.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Interesuje Cię pakiet wielu subskrypcji? Napisz do nas redakcja@gpcodziennie.pl

W tym numerze