Wsparcie dla mediów Strefy Wolnego Słowa jest niezmiernie ważne! Razem ratujmy niezależne media! Wspieram TERAZ » x

Jeden dzień ratowania

Dodano: 04/04/2020 - numer 2600 - 04.04.2020
Anna jest ostrożna i trochę przesądna. Gdy jest się pielęgniarką ratunkową z takim stażem, niejedno się widziało, więc i ostrożność, i przesądy zdają się czymś naturalnym. Tak jak szykowanie torby. W torbie jest wszystko, co może się przydać, kiedy po dyżurze w karetce trafi się nie do domu, ale gdzieś na kwarantannę. A może do szpitala z podejrzeniem?
Tym razem torba się nie przydała. To był wyjątkowy dyżur, teraz takie już się praktycznie nie zdarzają. Nie było zakładania kombinezonów, czekania w nich na przekazanie pacjenta, na dezynfekcję karetki, na decyzję, czy kwarantanna, czy nie.
Zgłoszenie – i co dalej?
Najpoważniejszym przypadkiem tego dnia był ponad 90-letni staruszek, którego pokonały wiek i grawitacja. Przewrócił się i rodzina wezwała karetkę. Anna postawiła staruszka na nogi i sprawa była zupełnie jasna. Jednak nie zawsze tak jest. Ostatnio przyszło zgłoszenie o 90-latku, który miał problemy z oddychaniem. Sanepid dostał zgłoszenie od lekarza rodzinnego, że może to być podejrzenie koronawirusa. Anna i reszta karetkowej ekipy założyli kombinezony, gogle, maseczki i pojechali na miejsce. Tym razem na miejscu okazało się, że staruszek rzeczywiście miał niewielkie problemy z oddychaniem, ale dlatego, że był chory na zapalenie oskrzeli, na które leczono go już wcześniej w szpitalu. Lekarz zgłaszający to do sanepidu dobrze o tym wiedział. Spanikował? Bał się przyjechać na domową wizytę, podejrzewając bezpodstawnie koronawirusa?
Tak czy siak trzeba teraz pacjenta, o którym się wie, że koronawirusa nie ma, wieźć tak, jakby tego wirusa miał. Karetka zajęta, czas płynie, pod uniformami jak z science fiction płynie też pot z załogi karetki. Wreszcie udało się umieścić pacjenta w szpitalu, w którym był wcześniej. Udało się, bo lekarka w izbie przyjęć podeszła do sprawy zdroworozsądkowo, opisała przypadek i wykluczyła zagrożenie podane przy zgłoszeniu.
Jednak, jak mówi Anna, bywa też odwrotnie. – Jedziemy do pacjentki ze zgłoszonym udarem, wchodzimy bez kombinezonów, a okazuje się, że to nie udar, lecz silne duszności i trudności z mową z powodu wysokiej gorączki – opowiada. Wtedy też karetkę wzywał lekarz..., narażając zespół karetki, bo do udaru jedzie się bez dodatkowych zabezpieczeń.
Masz wózek, masz władzę
Kiedy Anna stawiała na nogi staruszka pokonanego przez grawitację, ja usiłowałem zrobić zakupy. Mała gmina pod Toruniem bardzo się spieszy. Można odnieść wrażenie, że ambicją co drugiego kierowcy jest wykręcenie 5000 obrotów silnika na tych kilkuset metrach, zanim dojedzie się do jedynego ronda. A na nim przed chwilą driftowało czarne BMW, bo co robić w czasach zarazy, jak nie driftować.
Panuje więc codzienny harmider, a przed tutejszym marketem stoi grupka ludzi i czeka na wózek. Ile wolnych wózków, tylu klientów może wejść do środka. Widzę, że świadomość zarazy jest, choć nazwać ją można średnią i wysoką. Ta średnia prezentowana jest przez panią, która nałożyła jednorazowe rękawiczki, ale nie ma maseczki. Ta wysoka przez pana, który nie ma rękawiczek, ale ma maseczkę.
Czekamy na wózki i widzę, że w miarę czekania rozmowy się rozkręcają, a dystans skraca. Tu się wszyscy znają i tak jakoś wychodzi, że się gada i po chwili stoi obok rozmówcy. Patrzymy wszyscy na drzwi, te się otwierają i wychodzi pan, który powoli, godnie zmierza z wózkiem najpierw do auta, a potem równie godnie przekazuje wózek. Kolejny klient i znów, podróż wózkiem do auta. Tak jakby nie można włożyć tych paru rzeczy do torby i od razu oddać wózek. Ale w tej sytuacji masz wózek – masz władzę, więc warto się tą władzą trochę nacieszyć, zanim się ją odda. Tyle że w ten sposób niepotrzebnie rośnie kolejka i te rozmowy skracające dystans za bardzo się rozkręcają.
Zespół pogotowia na kwarantannie
W sklepie niby wszyscy zachowują odległość od siebie, ale widzę, że jedna pani znalazła coś na półce i zaraz do niej dołączyła druga, a potem trzecia pani. Wreszcie stanął nad nimi partner chyba tej drugiej i tak sobie stali przy tej półce 20 cm głowa od głowy. Za to przy kasie karnie się rozdzielili.
– Procedury mogą być przeróżne, ale tak naprawdę wszystko zależy od zdrowego rozsądku – mówi Anna, gdy jej o tym opowiadam. Weźmy zespoły pogotowia. Dopiero teraz przyszły wytyczne, by nie gromadzić się w tej samej dyżurce czy kuchni. By rozmawiać ze sobą przez telefon. A i tak wielu się dziwi, po co. I łażą jedni do drugich. A różnie może być. Tak jak w sytuacji sprzed kilku dni, kiedy to jeden z zespołów wiózł do szpitala pacjenta, u którego nie było podejrzenia koronawirusa. Potem zespół wrócił do stacji, miał kontakt z innymi zespołami, te z innymi, bo trwało to kilka dni. Pacjenta wieźli w piątek, a dopiero w poniedziałek był telefon ze szpitala, że pacjent ma koronawirusa. Zespół z piątku trafił na kwarantannę, ale co z innymi?
Jak mówi Anna, zdrowy rozsądek podpowiada, by zespoły izolowały się od siebie, ale nie do wszystkich to przemawia. Więc i procedury pewnie nie przemówią. – Przykładem ostatni dyżur: lekarka mająca zmianę w pogotowiu dostała informację, że w szpitalu, w którym pracuje, jedna z pielęgniarek okazała się zarażona. I co? Lekarka zamiast się izolować opowiadała o tym wszystkim z bliskiej odległości. Mówi się dużo o testach na koronawirusa, a tymczasem najskuteczniejszy byłby test na głupotę.
Anna podkreśla jednak, że wiele się też zmienia. Pacjenci wzywający pogotowie przestali być tak roszczeniowi. Już nie chcą jechać od razu do szpitala jak kiedyś. Jest wręcz odwrotnie – proszą, by ich nie zabierać. Boją się, że trafią do jednoimiennego szpitala w Grudziądzu, który tu, w Kujawsko-Pomorskiem, jest daleko dla wszystkich.
Inni chorzy na dalszy plan
Pani Celina z Ogrodowej ma astmę i, powiedzmy, prowadzi niezbyt zdrowy styl życia (pije i pali). Karetkę wzywa od dawna regularnie i prosi o konkretne leki. To może skrajny przypadek, ale takich pacjentów, którzy z zarazą nie mają nic wspólnego, a teraz zeszli na dalszy plan, jest wielu. – Ci ludzie byli chorzy dużo wcześniej, a przybędzie przecież chorych na astmę, grypę i licho wie co jeszcze. Co z nimi w czasach pandemii? – pyta Anna, a my nie bardzo potrafimy znaleź? dobr? odpowied? na jej pytanie.
I?nie ma to wielkiego znaczenia, bo Anna szykuje si? do kolejnych 12 godzin ratowania. B?dzie ratowa? i?tych, i?tych. Zn?w zabiera torb?, bo to i?ostro?no??, i?przes?d zarazem. Gdyby naszykowanej torby nie by?o, mog?oby si? przydarzy? co? z?ego, a?tak jest szansa, ?e znowu torba si? nie przyda.
I?machaj?c jej zć dobrą odpowiedź na jej pytanie.
I nie ma to wielkiego znaczenia, bo Anna szykuje się do kolejnych 12 godzin ratowania. Będzie ratować i tych, i tych. Znów zabiera torbę, bo to i ostrożność, i przesąd zarazem. Gdyby naszykowanej torby nie było, mogłoby się przydarzyć coś złego, a tak jest szansa, że znowu torba się nie przyda.
I machając jej z balkonu, gdy jedzie na dyżur, myślę, że na tę szansę liczymy wszyscy: Anna, ja na balkonie i pan, który na rusztowaniu odnawia fasadę kościoła. I przyszło mi jakoś do głowy, że może gdy już odnowi ją w całości, zaraza wygaśnie, a ludzie wejdą dziękować Panu do wypiękniałej świątyni. Na razie tylko góra kościelnej wieży odzyskała blask. Zanim odnowią całą fasadę, upłynie jeszcze wiele dni ratowania.
 
PS Imiona i nazwy miejsc zostały zmienione.
     

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów gpcodziennie.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gpcodziennie.pl

W tym numerze